wtorek, 2 grudnia 2014

Anthony Shadid, "Kamienny dom"

To było jak uderzenie pioruna, tak właśnie zaczynają się dobre historie. Kilka lat temu Anthony Shadid, korespondent New York Timesa i Washington Post na Bliskim Wschodzie, dwukrotny laureat nagrody Pulitzera, odwiedza rodzinne miasto swoich dziadków ze strony matki. Mardż Ujun na terytorium Libanu jest podówczas senną nieco osadą, nie pozbawioną jednak śladów dawnej świetności. Po dłuższej chwili Shadid odnajduje sławny dom Isbera Samary, który jego dziad budował jako schronienie dla wielu pokoleń. Na dachu dostrzega ślad po uderzeniu pocisku, który znacznie uszkodził jego powierzchnię i pozostawił wielką wyrwę. Spojrzenie na zrujnowany dom przodków wywołuje u pisarza uczucie ogromnej nostalgii za czasami, kiedy dom ten tętnił życiem i działo się tam to, co stało się jego dziedzictwem. I właśnie w tym momencie w głowie Shadida rodzi się plan, żeby odbudować dawną siedzibę rodu; pragnienie to opanowuje go bez reszty.

To, co zaczęło się jako podróż sentymentalna, staje się jednym z ważniejszych, jeśli nie najważniejszym projektem życiowym pisarza. Shadid wraca nie tyle do własnych wspomnień, ale szerzej do wspomnień swojego bajt – w języku arabskim słowo znaczy to nie tylko dom, budynek mieszkalny, ale szerzej także rodzinę, ród, z którego człowiek się wywodzi. Opowieść rozwija się równolegle w dwóch planach – w jednym śledzimy zmagania pisarza z opieszałością libańskich robotników i powoli postępującą renowację domu Isbera Samary, na drugim planie rozgrywają się burzliwe dzieje rodu jego matki, których los rzuca za ocean, do dalekiej Ameryki. Rodzinna saga przeplata się z opowieścią o współczesnym Libanie. Na korzyść książki przemawia to, że nie ma tu za wiele polityki, ot tyle żeby zrozumieć historyczny kontekst, ale nacisk położony jest na kulturowe i obyczajowe przemiany, jakim te ziemie zostały poddane w ostatnich dekadach.



Anthony Shadid
Kamienny dom. O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma
Wydawnictwo Czarne
2014

sobota, 8 listopada 2014

aROMAt wiecznego miasta...

Pojechać do Rzymu na cztery dni to jak założyć za ciasne buty. Chodzenie w ciągłym dyskomforcie, że za mało tego czasu, za mało, że za dużo do zobaczenia, za dużo. Zwłaszcza, kiedy podróż odbywa się w celu nie do końca krajoznawczym i przez większość czasu biega się ze wzrokiem wlepionym w chodnik, czasem tylko prześlizgującym się po tabliczkach z nazwami ulic. W kilka dni nie można poznać miasta, ba!, nawet ogarnąć spojrzeniem w całości, można jedynie poczuć subtelny jego aromat, raz czy dwa odetchnąć pełną piersią rzymskim powietrzem (zaciągać się w rzeczywistości nie polecam, można się miejscami niemiło rozczarować...).

Zacznijmy od kolorów i tego, dlaczego do Rzymu warto pojechać jesienią. Pierwszą rzeczą, która robi wrażenie po przekroczeniu granic miasta, jest właśnie układ barw, niespotykany u nas, typowy dla miast południowych. Zgaszone brązy, beże, szeroka paleta żółcieni; krzykliwych kolorów raczej się nie uświadczy, dominuje odczucie ciągłości i spójności w przestrzeni, miasto rozwija się i rozrasta w sposób płynny, jednakowo ogrzewane łagodnym słońcem. Na tym tle jedynym wybijającym się akcentem jest zieleń - bujnie kapiąca z balkonów i balustrad, obecna w licznych parkach i na skwerach, odporna na zimno i tylko gdzieniegdzie ozłocona jesienną szatą. Poza tym ciepło, nam jest ciepło. Dla Włochów temperatura w granicach 17-18 stopni to już przedsmak zimy, chodzą w ciężkich kurtkach, szalikach, podczas gdy my pławimy się w przyjemnym, południowym słońcu. 


Ulice Rzymu to temat rzeka, wyzwanie dla najlepszych kartografów jak i tych, którzy mapami biegle się posługują. Niezbadana jest logika układu rzymskich ulic (albo raczej jej brak), a drogi potrafią tam krzyżować się pod każdym możliwym kątem. I ta ich mnogość! Masa wąziutkich przesmyków, które w każdym normalnym mieście nawet nie aspirowałyby do miana ulicy, tu ściele się gęsto i czyni z planu miasta niemal nieprzepuszczalną sieć. Problemy występują też na linii mapa-teren, bo często to, co wyrysowane tak pięknie na poglądowej mapce porwanej w hotelowym holu, nijak się ma do rzeczywistego rozkładu przestrzeni. Dlatego, chcąc trafić na miejsce, trzeba niestety koniec nosa mieć zanurzony w planie miasta. Stąd też najprzyjemniej jest w Rzymie flaneurom, tym, co to mogą się spokojnie przelewać z nogi na nogę, nie spieszyć nigdzie i nie martwić, że nie trafią na czas.


Żelazny punkt wizyty to oczywiście Watykan, "państwo w państwie". Aż dziw bierze, że to jest ta sławetna stolica apostolska, centrum chrześcijańskiego świata. Z bliska wygląda raczej jak eksponat w parku miniatur, małe ozdobne pudełeczko wykute z kamienia.


Jak przystało na odwiedziny w takim miejscu nie odbyło się bez pokazu tajemniczych znaków. Nad placem świętego Piotra zebrały się ciemne chmury, a drobny deszczyk urozmaicił nam czas oczekiwania w kolejce do kontroli bezpieczeństwa.

 

Zdecydowana większość moich rzymskich ekskursji odbywała się porze nocnej. Rzym po zmroku nie ma w sobie nic z grozy, czy tajemnicy. Jest jak ogromna, rozświetlona sala balowa, w której zabawa nigdy nie ustaje.





Na Campo di Fiori, gdzie spogląda na nas posępnie zakapturzona postać Giordana Bruna, trwa w najlepsze wieczorna fiesta, pełna gwaru, świateł i smakowitych zapachów. Tam też przekonuję się po raz pierwszy o serdeczności Włochów. Kiedy właściciel poniższego pojazdu-potworka orientuje się, że przyglądam mu się z żywym zainteresowaniem, natychmiast podchodzi do swego wozu i szarmanckim gestem uchyla mi drzwiczki, bym mogła zajrzeć do środka, rozsiąść się i dać się sfotografować. Poniższy model - jak łatwo się domyślić - wyprodukowała włoska marka Piaggio, która ma na swoim koncie wiele takich samochodowych hybryd.


Zdarzają się też momenty całkiem magiczne, jak ten. Nocny widok na Forum Romanum.




Nie można zapomnieć oczywiście o włoskiej kuchni, która w samym Rzymie jednak najeżona jest wieloma pułapkami. Restauracji jest oczywiście cała masa, można przebierać jak w ulęgałkach, znajdzie się coś na każdy portfel. Kłopot w tym, że pierwsza euforia wywołana faktem, że w końcu można posmakować "prawdziwej włoskiej kuchni" szybko ustępuje miejsca rozczarowaniu, że ta najbardziej chyba w świecie rozpowszechniona gastronomia właściwie niczym nie zaskakuje i w samej swej stolicy nie potrafi zaserwować nic oryginalnego. Oczywiście, są składniki, tam na miejscu najwyższej jakości: pomidory, makarony, prosciutto, włoskie wina, jednak połączenia smaków i serwowane dania niewiele różnią się od menu co lepszej trattorii w rodzimym kraju. Pewnie to kwestia nieznajomości miejsc, w których jadają rzymianie, i stołowanie się wyłącznie w lokalach skierowanych głównie do turystów, ale po kilku posiłkach znudziły już się carbonary, lasagne bolognese, pizze margharity, eskalopki czy mediolańskie cottolety i właściwie można by poprzestać na antipasti (zawsze cudowne), chlebie, wodzie i czerwonym winie.


Dopiero po opuszczeniu granic miasta udało mi się przeżyć prawdziwą włoską kulinarną ucztę. W prowincjonalnym miasteczku, niepozorna knajpka nad pasażem handlowym. Przestronna i całkowicie pusta. Dodatkowo posępne wrażenie robiły miarowe uderzenia deszczu o dach - takich ulew Włochy dawno nie widziały - i wiadro ustawione na środku sali restauracyjnej jako ratunek przed przeciekającym dachem. Ale karta - znakomita! Dość powiedzieć, że nic z niej nie rozumiałam, nawet nie potrafiłam skojarzyć z włoskimi daniami rozpoznawanymi poza granicami Italii. Zamówiłam risotto. I w końcu było jak trzeba. Kremowe, maślane, z aromatem białego wina i ziarnami zachowującymi swą strukturę. Z wyrazistymi w smaku dodatkami w tym przede wszystkim słodkawą pastą z pieczonej dyni. Poezja! Także ceny nijak się miały do rzymskich, wniosek jest taki: jak mieszkać, to w Rzymie, a stołować się tylko na prowincji.

I na koniec THE BEST OF ROME - dwa największe zaskoczenia i zachwyty:

Numer 1: w przypadkowym kościele nieprzypadkowy obraz - Caravaggio "Powołanie św. Mateusza"


Numer 2: Panteon. Inżynieryjnego geniuszu i maestrii wykonania nie da się uchwycić z zewnątrz, a jedynie patrząc w sam środek monumentalnej kopuły.


wtorek, 21 października 2014

Piotr Tomza, "Afryka Nowaka"

Kazimierz Nowak
"Afryka Nowaka" Piotra Tomzy to nie tylko próba opisania bezprecedensowej wyprawy śladami polskiego podróżnika, to przede wszystkim świadectwo fascynacji postacią i dziełem Kazimierza Nowaka. Fascynacji, która okazała się zaraźliwa.

O Kazimierzu Nowaku zrobiło się głośno kilka lat temu, kiedy to nakładem wydawnictwa Sorus ukazał się zbiór jego korespondencji z Afryki. „Rowerem i pieszo przez czarny ląd” zawiera listy pisane przez Nowaka w latach 1931-1936, które ukazywały się na bieżąco w międzywojennej prasie. Książkę rekomendował sam Ryszard Kapuściński, co wystarczyło, by Nowak z nieznanego nikomu podróżnika stał się ikoną polskich globtroterów. A stąd już niedaleko do zamiaru, by jego wyczyn powtórzyć i, tak jak on, przemierzyć Afrykę z północy na południe i z powrotem.


Piotr Tomza podjął się nie lada zadania – opisał trwającą 813 dni ekspedycję, w której uczestniczyło ponad sto osób. Sam autor wziął udział w jednym z etapów afrykańskiej sztafety, ale organizacyjnie wspierał wyprawę przez cały czas jej trwania. Bazą dla książki są rozmowy z uczestnikami wyprawy i relacje publikowane na bieżąco w internecie. Tomza z rzetelnością godną kronikarza stara się przedstawiać koleje losów „Afryki Nowaka” i dyplomatycznie wyważyć sądy. We wstępie zarzeka się, że książka może się nie spodobać wielu uczestnikom wyprawy, że pewne kwestie świadomie pominął. Jego wersja jest więc tylko jedną z wielu możliwych. „Powstają dwie, a nawet trzy wersje relacji. Ale nie dlatego, że się pokłóciliśmy i poobracaliśmy, tylko chcemy pokazać możliwie najbardziej obiektywny obraz. Każdy z nas widzi Afrykę inaczej”.

Całość recenzji
"Afryki Nowaka" Piotra Tomzy na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/zlapac-bakcyla/


Afryka Nowaka
Piotr Tomza
W.A.B.
2014

niedziela, 12 października 2014

Kraina cudów. Andrzej Stasiuk "Wschód"




Na wschód, czyli dokąd? W swojej najnowszej książce Andrzej Stasiuk rozprawia się z osobistymi mitami i… geografią.

Ten rok należy do Andrzeja Stasiuka. Nie tak dawno fani autora cieszyli się z wydania zbioru esejów, pod zbiorczym tytułem „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”, w którym znalazły się wybrane teksty publikowane wcześniej m.in. w „Tygodniku Powszechnym” i zagranicznej prasie. A już jesień mogliśmy powitać z nową książką pisarza. „Wschód” jest rozwinięciem i dopełnieniem poprzedniej książki Stasiuka, a wiele wątków tam sygnalizowanych tu znajduje swoje ukoronowanie.

Tytułowy Wschód w książce Stasiuka funkcjonuje dwojako – jako miejsce i jako metafora. Sens geograficzny i symboliczny pojęcia „wschodu” wchodzą ze sobą w dialog, przeplatają się nawzajem. Wschód to i Rosja, i Mongolia i nie tak daleki Lublin – miarą tego, co wschodnie, nie jest odległość geograficzna, ale specyfika miejsca zakorzeniona w mentalności ludzi.

Wschód widziany oczami Stasiuka jest miejscem, gdzie wydarzają się rzeczy wyjątkowe. Nieprzewidywalnym, w swoim nieokiełznaniu, odmiennym od zachodniego świata schludnych domków i białych kołnierzyków. Bardziej zmysłowym i organicznym, „krainą cudów”.„Wchodzisz o świcie do małego miasteczka i goszczą cię tak, jak powinno się gościć wędrowca. Jedzenie, przychylność i sen” . W Nowym Jorku był i raczej nie chce tam wracać, na wschód ciągnie go nieustannie. I to na ten wschód najbardziej „wschodni”, nieuporządkowany, brzydki, trwający w inercji pomimo upływu lat. Na jaw wychodzi upodobanie pisarza przedmiotów symbolizujących czasy minione, nierzadko będących już w stanie rozkładu. Tym pozornie brzydkim rzeczom Stasiuk funduje drugie życie, opisując je tak jakby były precjozami z wystawy jubilerskiego sklepu. A obrazki z pegeerowskich sklepików są jak z Schulza wzięte.

wtorek, 29 lipca 2014

John Steinbeck, "Podróże z Charleyem"

Kiedy taki pisarz jak John Steinbeck postanawia samotnie przejechać Amerykę dobrze wyekwipowanym kamperem w towarzystwie kapryśnego pudla o imieniu Charley, można zakładać, że będzie to murowany sukces pisarski i wydawniczy.
Mapa podróży Johna Steinbecka

 Pragnienie, żeby stale być w drodze, nie osiąść nigdzie na stałe, towarzyszyło Steinbeckowi przez całe życie. „Wirus niepokoju” – tak o nim mówił – nie opuszczał go pomimo upływu lat. W młodości podróżował po amerykańskich bezdrożach starym wozem piekarniczym, zatrzymując się w miejscach, gdzie gromadzili się ludzie. „Słuchałem, patrzyłem, dotykałem i w ten sposób uzyskiwałem obraz mojego kraju”. Te doświadczenia będzie chciał powtórzyć.

 Był rok 1962, Steinbeck miał 58 lat. Od jego ostatniej podróży po kraju upłynęło ćwierćwiecze. „Pracowałem z pamięci”, przyznaje pisarz, teraz jednak nadszedł ten moment, żeby na nowo skonfrontować się z amerykańską rzeczywistością, zweryfikować swoje poglądy i przeświadczenia, spojrzeć na kraj świeżym okiem. I pożegnać się – tego Steinbeck wprost w książce nie mówi, ale z relacji rodziny wiemy, że chorował już wtedy i wiedział, że ta podróż będzie jego ostatnią.

Całość recenzji "Podróży z Charleyem" Johna Steinbecka na:


Podróże z Charleyem
John Steinbeck
Prószyński i S-ka
2014

niedziela, 27 lipca 2014

Runda de Ronda

O Rondzie przypomniałam sobie przy okazji lektury listów Bruce'a Chatwina wydanych w zbiorze "Pod słońcem". W tym małym miasteczku na południu Hiszpanii Chatwin spędzał lato 1978 roku, sam, pogrążony w pracy nad "Wicekrólem Ouidach", książką poświęconą dziejom rodu da Silva, arystokracji dawnego Dahomeju (dziś Benin). W Rondzie przebywał od lipca do października, zamieszkiwał w letnim domu klasztoru żeńskiego. "Nareszcie znalazłem miejsce, w którym mogę się zaszyć, wykwintny noeklasycystyczny pawilon, odnawiany przez argentyńskiego architekta, któremu zabrakło pieniędzy", pisał w liście do Sunila Sethiego, indyjskiego dziennikarza i przyjaciela. Trzy miesiące w jednym mieście to dla Chatwina niemal rekord. Pisarz słynął z tego, że nie potrafił długo usiedzieć w jednym miejscu, wciąż chciał być gdzie indziej, a miejscami, które budziły jego natychmiastowy zachwyt, szybko się nudził. W początkowym okresie życia chciał odkrywać i poznawać jak najwięcej, później uparcie szukał najlepszych warunków do pracy. Jego listy, o których pewnie jeszcze więcej napisze, są doskonałym dokumentem tego stanu rzeczy - wysyłane wciąż z innych miejsc, dotyczą w sporej części kolejnych, projektowanych podróży.

Bruce Chatwin
Do Rondy udało mi się zawitać w niespełna trzydzieści lat po Chatwinie. Też było lato, już może nie tak upalne.. Pobyt był częścią uniwersyteckiego projektu badającego spuściznę arabską w Andaluzji, ale tak naprawdę chodziło o to, żeby mieć jakiś pretekst do wyjazdu. Uśmiechnęłam się, czytając że Chatwin spędzał swój pobyt w żeńskim klasztorze, mi bowiem zdarzyło się mieszkać w domu mężczyzn-zakonników, franciszkanów, jeżeli dobrze pamiętam, którzy bardzo gościnnie powitali trzy turystki z Polski. Na początku zdziwił nas ich brak habitów, później bardzo miło nam się konwersowało przy stole, choć czasem brakowało słów. Częstowali nas peruwiańskimi specjałami, hiszpańskim winem i śliwkami prosto z drzewa, chętnie też obwozili po okolicznych miasteczkach. Klasztor mieścił się w starej części miasta, tak wyglądał nasz widok z okien:


Chatwin o swoim domu w Rondzie pisał:
"Dom stoi na przepięknym, czystym, suchym zboczu, wśród dębów ostrolistnych i oliwek, z widokiem na Serrania de Ronda".
"Mam się dobrze, spokojnie, nieco samotnie i piszę" - to fragmenty listu do Johna Kasmina.


Ronda jest położona na samym południu Hiszpanii, 100 kilometrów od Malagi, przy samych krańcach kontynentu europejskiego. Jest jednym z andaluzyjskich pueblos blancos, białych miasteczek, urokliwie wkomponowanych w górzysty teren i barwą kontrastujących ze żółcią i brązem sierras. Jedną z głównych atrakcji Rondy jest jeden z najpiękniejszych mostów (a na pewno najpiękniejszy, jaki widziałam) Puente Nuevo, czyli nowy most, łączący zabytkową część miasta z nowożytnym centrum. Wznoszący się na wysokość 120 metrów, wciśnięty pomiędzy dwa masywy skalne, wygląda niemalże jak dzieło natury a nie wytwór ludzkiej ręki. Most został zaprojektowany przez hiszpańskiego architekta, José Martina de Aldehuela, a jego budowa trwała aż 42 lata (ukończono ją w 1793 roku). Na miejscu usłyszałam legendę mówiącą o tym, że po dokończeniu budowy projektant mostu tak zachwycił się swoim dziełem, że - uznając, że nic piękniejszego już nie stworzy - rzucił się z niego prosto do rzeki Guadalevín. Spadając z takiej wysokości raczej nie miałby szans, według oficjalnych źródeł jednak Aldehuela zmarł w Maladze. Legenda pozostaje więc legendą, choć widok mostu na pewno byłby tego wart:


Chatwin z pewnością musiał nie raz most przekraczać przechodzić, ale chyba nie wzbudził on jego zachwytu, bo z listach z Rondy nie ma o nim ani słowa. Pisze za to o innych rzeczach: o wszechobecnym i uciążliwym upale, ("ALE SIĘ SMAŻĘ Tutaj jest goręcej niż w Benaresie") o postępach w pracy nad książką, która posuwa się naprzód "pero muy lentamente", czyli bardzo powoli, ale przede wszystkim o tym, jak spędza czas na południu Hiszpanii.


"Wstaję ze wschodem słońca o ósmej; zasiadam z kawą na półkolistym tarasie, kontemplując górę na wprost i paskudne glazurowane ceramiczne popiersia nimfy i małego Bachusa pod arkadami portyku; potem biorę się do pracy. Po czterech i pół godzinie jest 12.30 i pora pisać list, jeśli mam zdążyć na pocztę, która zamyka się o 2.00, gazuję z góry na łeb na szyję moim małym fiatem i zygzakiem podjeżdżam na drugą stronę Rondy, przycupniętą na szczycie gołego urwiska i podobną do ciasta z lukrem", pisze w kolejnym liście do Sunila Sethiego.


Dalej opowiada Chatwin o swoim codziennym zwyczaju sprawdzania swojej skrytki pocztowej, "na ogół pustej" pisze, co może dziwić, wszak na brak korespondentów nie mógł narzekać; zakupach na miejscowym rynku i tapas w barze za rogiem. Codziennie odwiedza też swoją amerykańską przyjaciółkę, by zaznać trochę ochłody pływając w basenie, wieczorami gotuje i czyta. Poza tym zdarza mu się robić rzeczy niestandardowe, na przykład sprzedawać maliny w kolonii emigrantów. Już po miesiącu pobytu w Rondzie jego zachwyt nad pięknem i spokojem andaluzyjskiego miasteczka zaczyna powoli ustępować zniecierpliwieniu. "Często sam nie wiem, co ja tutaj robię, w tym przesadnie wypieszczonym domu: ma on fontanny, palmy w doniczkach, arkady, sporo ohydnych posągów, cudowny widom i wszelkie wygody, poza elektrycznością". Rozsyła listy do znajomych na całym świecie, zapraszając i oferując "trzy sypialnie de luxe" w zamian za choć chwilowe rozbicie monotonii. Mam podstawy, żeby przypuszczać, że to nie tyle nie wina miasta, co samego pisarza. Wytrzyma w Rondzie do końca października. Potem uda się do Nowego Jorku.


Ronda oferuje z pewnością więcej atrakcji niż te, których udało się skorzystać Chatwinowi. Wyjątkowo piękne położenie miasta sprawia, że nawet zwykłe spacery mogą wywoływać sporo emocji. Dodatkowo ma to wszystko, co zawsze oferują nam miasteczka na południu: ciepły klimat, niespieszną atmosferę sprzyjającą odpoczynkowi, bogactwo kolorów i kulinarne szaleństwo, dostępne nie tylko na talerzach restauracji ale też prosto z drzew. Z tym ostatnim trzeba jednak uważać, o czym przekonałam się na własnej skórze. Spacerując ścieżkami prowadzącymi od Puente Nuevo w dół, natrafiłyśmy na drzewo migdałowca. Udało nam się je rozpoznać, bo pod nim roiło się od orzechów, jeszcze w zielonych łupinach. Zebrałyśmy kilka i zaczęło się mozolne przebijanie się przez kolejne warstwy skorupy. W końcu, jest! Migdał prosto z drzewa. Upragniony pierwszy kęs i... jakby wgryźć się porządnie w kostkę mydła, albo łyknąć trochę perfum. Te migdały były niezjadliwe (choć nie trujące najwyraźniej), uprawiane prawdopodobnie na olejki zapachowe, ale na pewno nie do jedzenia! 

Tej cytryny już nie próbowałam...

W Rondzie znajdziemy sporo zabytków mauretańskich, między innymi arabskie łaźnie, będących spuścizną dominacji arabskiej na tym obszarze, która zakończyła się ostatecznie w roku 1485 (trwała 220!). Poza tym miasto kultywuje także typowo hiszpańskie tradycje, w mieście znajduje się arena do corridy, gdzie okazjonalnie można obejrzeć pokaz umiejętności torreadorów w starciu z bykiem - to oczywiście dla widzów o mocnych nerwach. Tak się szczęśliwie zdarzyło, że przebywałyśmy w Rondzie w czasie Feria de Pedro Romero - trwającego kilka dni święto na cześć jednego z najbardziej znanych mieszkańców Rondy. Pedro Romero żył na przełomie XVII i XIX wieku, pochodził ze znanego rodu pogromców byków i był w istocie niezwyciężony - stoczył ponad 5 500 starć bez odnoszenia poważnych kontuzji. Wykształcił swój indywidualny styl walki, a Ernest Hemingway nazwał jego imieniem jednego bohaterów opowiadania "Fiesta". Swojemu bohaterowi Ronda mogła złożyć hołd tylko w jeden sposób - organizując walki byków - te były bardzo uroczyste, podobno miał na nich pojawić się sam Nicolas Sarkozy, ówczesny prezydent Francji. Ale zanim walki, musiał być barwny korowód przez miasto z udziałem kwiatu młodzieży z Rondy.



To, co zaczęło się tak oficjalnie w samo południe, miało swój finał późno w nocy. Na ulicach jeszcze długo bawili się mieszkańcy, odbywały się improwizowane mini-koncerty, tańczyły tancerki flamenco i zwykli przechodnie. Noc była ciepła i nie chciała się skończyć. Szkoda, że Chatwin tego nie widział.
Następnego dnia, w niedzielę, Ronda spała kamiennym snem. Na drogach wylotowych z miasta było zupełnie pusto, no może poza kilkoma turystkami, które akurat ten dzień wybrały sobie na podróż autostopem na Gibraltar. Ale to już zupełnie inna historia...


środa, 23 lipca 2014

Cees Nooteboom, "Drogi do Santiago"

Holender z duszą południowca. Takie połączenie rzadko się spotyka, nawet w świecie literatury. Cees Nootebom, pisarz pochodzenia niderlandzkiego, poeta i prozaik, autor książek podróżniczych i esejów o sztuce, od lat wymieniany wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla, na swoją drugą ojczyznę wybrał Hiszpanię, kraj, który kulturą i klimatem znacznie odbiega od jego rodzinnych stron. Do Hiszpanii podróżował przez blisko trzynaście lat, nie była to więc znajomość powierzchowna, raczej pogłębione powinowactwo dusz, czego najlepszym dowodem są  "Drogi do Santiago" - książka w całości zrodzona z fascynacji Hiszpanią i jej tajemnicami, które odkryć można jedynie zbaczając z wyznaczonego szlaku.


Tytuł jest odrobinę przewrotny - "Drogi do Santiago" to nie kolejna opowieść pielgrzyma przemierzającego camino św. Jakuba, jeden z najstarszych i najbardziej znanych szlaków pątniczych, korzeniami sięgający średniowiecznej Europy. Nooteboom wcale się do Santiago nie wybiera, a jeśli już, to okrężną drogą. Bardziej od samego miejsca interesują go źródła hiszpańskiej kultury, te łączące się z chrześcijaństwem, choć nie tylko. Santiago jest więc dla niego przede wszystkim nazwą symboliczną odsyłającą do określonej spuścizny kulturowej. Dlatego podążając do wyobrażonego Santiago może pozwolić sobie na to, żeby zbaczać z drogi (na przykład obierając trasę przez Sewillę) i zatrzymywać się w małych miastach i miasteczkach, o których trudno znaleźć wzmiankę w przewodniku. Sednem zainteresowań Nootebooma jest średniowieczna architektura hiszpańska. Z dużą determinacją poszukuje pozostałości zabytków, nawet jeśli zawodzi go mapa. Jego teksty o Hiszpanii nie są tylko relacjami z podróży, ale mieszają się w nich elementy reportażu, eseju o historii sztuki, pojawiają się wątki z antropologii kultury, a nawet ówczesnej sytuacji politycznej.