sobota, 21 czerwca 2014

Renata Gorczyńska, Szkice portugalskie

Do Portugalii Renatę Gorczyńską zaprowadziło kilka szczęśliwych zbiegów okoliczności, a także, jak sama przyznaje, chęć podążenia najdalej jak się da. Odwieczne pragnienie wszystkich podróżników przywiodło ją do samych krańców kontynentu europejskiego.

Renata Gorczyńska jest autorką rozmów z Czesławem Miłoszem wydanych w tomie „Podróżny świata”, dziennikarką i krytykiem literackim, wydała też kilka zbiorów eseistycznych. „Szkice portugalskie” są pokłosiem czterech podróży pisarki do kraju Pessoi i Saramago, tysięcy przejechanych kilometrów – samochód jest jej głównym źródłem lokomocji – licznych rozmów, wielu odwiedzonych miejsc i litrów portugalskiego wina.

W swoich szkicach Gorczyńska kreśli szeroką panoramę tego niewielkiego kraju na Półwyspie Iberyjskim, a cały zbiór jest próbą przeniknięcia fenomenu portugalskiej kultury i jej odmienności. Portugalia ma w sobie coś egzotycznego, pisze Gorczyńska, słychać to już w języku o dziwnie szeleszczącym brzmieniu, widać w arabskich wpływach kulturowych. Jest krajem granicznym - z jakiejś przyczyny okazałe zabytki portugalskiej architektury nie widnieją w podręcznikach historii sztuki, choć słowo „barok” wywodzi się właśnie z języka portugalskiego. Dziś trochę zapomniana, prowincjonalna wręcz, Portugalia była kiedyś morską i kolonialną potęgą, pionierem wielkich odkryć geograficznych. Odwołując się do historii tego kraju, Gorczyńska stara się zrozumieć, jak odważni i bezwzględni nieraz kolonizatorzy przemienili się w smętny, łagodny naród, przepełniony saudade, typowo portugalskim rodzajem melancholii.

W trakcie swoich portugalskich podróży Gorczyńska odwiedziła wiele ciekawych miejsc, niekoniecznie wymienianych na pierwszych stronach bedekerów, nie ulega wątpliwości jednak, że ważniejsze od wskazań GPS, często zawodnych, są dla niej książki i spisane w nich historie. Podróżniczymi wrażeniami dzieli się dość oszczędnie, dużo uwagi za to poświęca przykładowo historii portugalskiego osadnictwa w Brazylii, czy uniwersyteckim tradycjom Coimbry, wnikliwie tropi też ślady marranów, żydowskich konwertytów z czasów średniowiecza, którzy skrycie mieli praktykować  judaizm. Dwóm najważniejszym pisarzom Portugalii – Fernando Pessoi i Jose Saramago – autorka poświęca osobne szkice, są oni dla niej niejako przewodnikami po ojczystym kraju. Lizbonę zwiedza z prozą Pessoi pod pachą, zdarza się jej konfrontować swoje doświadczenia z tym, co napisał Saramago. Jak na bibliofila przystało nie może też nie odwiedzić jednej z trzech najpiękniejszych księgarni na świecie – Livraria Lello w Porto – której widok zapiera dech w piersiach.

„Szkice portugalskie” Gorczyńskiej nie są zatem klasycznym przewodnikiem, raczej zbiorem erudycyjnych esejów, łączących wątki literackie, historyczne z elementami kultury i historią sztuki. Autorce udaje się jednak zachować indywidualne spojrzenie, dzięki czemu podróż ta pozostaje jej osobistą podróżą. Czego może trochę brakuje w książce Gorczyńskiej, to więcej historii opowiedzianych przez ludzi, nie wziętych z książek, żywych opowieści, które mogłyby być dobrą przeciwwagą dla historycznych dociekań. W zamian dostajemy jednak umiejętność obserwacji i wrażliwość na detal – Gorczyńska przekonuje, że w obcym kraju nie ma zdarzeń błahych, wszystko warte jest odnotowania. Nawet to, że jednym polskim słowem, jakie znają portugalscy handlarze, jest „biedronka”.



Szkice portugalskie
Renata Gorczyńska
Fundacja Zeszytów Literackich
2014

środa, 4 czerwca 2014

Krzysztof Varga, "Czardasz z mangalicą"

"Szatańskie tango", reż. Bela Tarr

Do szabli i do szklanki? A może raczej do tańca i różańca? „Czardasz z mangalicą” Krzysztofa Vargi to nie tylko zajmująca opowieść o podróży przez węgierską prowincję, to przede wszystkim wnikliwa analiza madziarskiej duszy, napisana z tkliwością i szczególnym rodzajem ironii, na jaki pozwolić sobie może tylko współplemieniec.

„Czardasz z mangalicą” jest kolejną – po „Gulaszu z turula” – książką Krzysztofa Vargi poświęconą Węgrom, drugiej ojczyźnie pisarza. Varga, pół-Polak, pół-Madziar, sporą część swojego życia spędza w podróży między ojczystymi krajami – można powiedzieć, że trasę tę pokonuje z zamkniętymi oczyma (czego raz o mały włos nie przepłacił życiem, tak opowieść się zresztą zaczyna). Węgry nie przestają go jednak fascynować. Jest w tym wyjątkowym położeniu, że może się im przyglądać jak swój i obcy jednocześnie, jego spojrzenie cechuje i chłodny dystans, i żarliwość neofity, dzięki czemu dostrzega więcej. W „Gulaszu” intrygował rozważaniami na temat węgierskiej kuchni, w „Czardaszu z mangalicą” schodzi jeszcze głębiej, do źródeł węgierskiej melancholii, w krainę mitów.

Całość recenzji "Czardasza z mangalicą" Krzysztofa Vargi na:


Czardasz z mangalicą
Krzysztof Varga
Wydawnictwo Czarne
2014

wtorek, 15 kwietnia 2014

"Rozpuszczony dziad z Biecza..." Beskid Niski

Po lekturze najnowszej książki Andrzeja Stasiuka, "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach", wyprawa w Beskid Niski była kwestią czasu. Nie chodziło nawet o to, że autor poświęcał w swym zbiorze esejów szczególnie dużo miejsca terenom dawnej łemkowszczyzny, bo tak nie jest, znajdujemy tam jego impresje dotyczące różnych jego podróży. Chodziło raczej o wyprawę do źródeł takiego sposobu patrzenia na świat, jaki w książce tej można odnaleźć. Nie była to pierwsza przymiarka do wyprawy w te tereny, Beskid Niski chodził za mną i przypominał o sobie stosunkowo często, zawsze jednak coś stało na przeszkodzie: a to nieodpowiednia pora roku, a to brak dogodnego środka transportu, a to masa innych zatrudnień. Doszło do tego, że nazwy wiosek i miasteczek zyskały rangę niemal symboliczną, tak jak niektórzy marzą o egzotycznych wyspach, ja marzyłam o Dukli czy Bieczu (swoją drogą, nie wszyscy wiedzą, że określenie "rozpuszczony jak dziadowski bicz", w oryginale brzmiało "rozpuszczony jak dziad biecki" i odnosiło się do zamożności tamtejszej warstwy chłopskiej).


Oczekiwania były wygórowane: zero ludzi, żadnych internetów, natura w czystej postaci. Beskid Niski nie jest rejonem masowo uczęszczanym przez turystów, przyciąga raczej turystę-konesera, który dokładnie wie, po co tam jedzie i czego szuka. Jakby tego było mało, wybraliśmy porę bardzo nieturystyczną - środek kwietnia, zaraz po stopnieniu ostatnich w tym roku śniegów. Żeby nie tracić zbyt czasu na dalekie dojazdy, na pierwszy ogień postanowiliśmy zapoznać się z zachodnimi rubieżami Beskidu - okolicami Uścia Gorlickiego i jeziora Klimkówka, słynących z maziarstwa Łosi, czy Bartnego.

Tak w przybliżeniu wyglądała mapa naszej podróży

Centrum świata przez te kilka dni znajdowało się jednak gdzie indziej. Nowica, mała wioska na północ od Uścia Gorlickiego spełnia wszelkie oczekiwania, jakie można mieć wobec osady w Beskidzie Niskim. Po pierwsze, trudno się tam dostać. Można zapomnieć o oznakowanych trasach, poddać miarowemu rytmowi wznoszenia się i opadania na kolejnych wzniesieniach, ostrych zakrętach, aż nagle wyrasta przed nami tablica z nazwą wioski, w dwóch językach, bo Nowica to miejsce zamieszkiwanie sporej społeczności łemkowskiej. Osada rozciąga się malowniczo u stóp Magury Małastowskiej - jednego z najbardziej rozwiniętego w tych okolicach punktu turystycznego, na szczęście dla nas głównie pod sporty zimowe. Szczyt Magury to nasz pierwszy cel. W trakcie spaceru szybko okazuje się, że wyobrażenie tego, czym jest "szczyt", należy w Beskidzie Niskim szybko zweryfikować. Kto spodziewa się malowniczych widoków ze "szczytów" w Beskidzie Niskim srogo się rozczaruje. Niewysokie wzniesienia porasta na ogół las, punkty widokowe to rzadkość, zatem umiejscowienie "szczytu" można traktować czysto symbolicznie (dlaczego tu na nie dwa kroki dalej? przecież nie ma widocznej różnicy?). W Beskidzie zdecydowanie nie chodzi o przyjemność zdobywania, ale samej wędrówki. Na Magurze nic na nas nie czeka. Unieruchomione wyciągi, opuszczone schronisko i jakiś groźny pies spuszczony z łańcucha. Ale najważniejsze, że powietrze pachnie tam inaczej. Naładowani pozytywnie schodzimy na dół, droga jest długa. Po drodze odzywają się cywilizacyjne tęsknoty, a konkretnie "potrzeba sklepu". Jak wieś długa, nie ma żadnego, są za to trzy cerkwie i dużo "jezusów", które namiętnie kolekcjonuję.


Zdecydowanie najlepszym sposobem podziwiania piękna Beskidu Niskiego jest przemieszczanie się licznymi dróżkami w dolinach. Samochodem, pieszo, na rowerze, to właśnie z poziomu dróg najlepiej widać malowniczy układ wzniesień, otwartą przestrzeń z gdzieniegdzie odznaczającymi się dachami domów, czy wieżyczkami cerkiewek. Jestem gotowa nawet posunąć się do stwierdzenia, że oficjalnie wytyczone drogi oferują  Beskidzie więcej atrakcji niż leśne, górskie szlaki. Tak więc przemieszczaliśmy się od wioski do wioski, obowiązkowy postój urządzając tylko w głównych punktach każdej wioski, przy sklepach albo cerkwiach. Pozostałości architektury drewnianej na terenach dawnej łemkowszczyzny są bardzo bogate, zwłaszcza w budownictwie sakralnym. Przez wieki wykształcił się charakterystyczny styl cerkwi łemkowskich, a nawet kilka stylów, ale - choć tak podobne - bardzo się od siebie różnią, nie sposób znaleźć dwóch identycznych. Ta różnorodność sprawić może trochę problemów - patrząc teraz na zdjęcia, gubię się, nie wiem, już która jest która... Pamiętam charakterystyczną cerkiew w Kwiatoniu, mówi się o niej, że jest najładniejsza w całym Beskidzie, a poniższa to chyba Bartne, ale mogę się mylić...


Zwiedzanie cerkwi w większości przypadków ograniczało się do dokładnego obejrzenia ich z zewnątrz, kontemplacji układu i poszczególnych elementów podczas wielokrotnie powtarzanego rytuału okrążania. Do środka nie udawało się wchodzić. Na pewno w każdej z tych wiosek jest jakiś zaufany człowiek, w którego rękach spoczywają klucze, chcąc zwiedzić jak najwięcej jednak, nie mogliśmy poświęcić tyle czasu na rozpoznanie terenu. Udało nam się raz, to były chyba Łosie, ale mogę się mylić.... Drzwi były otwarte, właśnie skończyło się nabożeństwo, pod cerkwią zebrał się mały tłumek. Nie sposób było się weń wmieszać, odstawaliśmy od razu. I to my byliśmy tam obcy, nie znając języka, którym posługiwała się większość, nie wiedząc, jak się zachować, co można a czego nie. Nie spodziewaliśmy się takiego doświadczenia, tak blisko od domu, spotkania żywej, obcej kultury. Spojrzeliśmy na ikonostas i czmychnęliśmy szybko.


Cerkiew w Wołowcu zapamiętam z zupełnie innych powodów. Jechaliśmy do Bartnego, poprzedni przystanek to Gładyszów. Ja z rozłożoną mapą na kolanach, możliwie dokładną, choć i tak nie gwarantującą sukcesów. Kilka właściwych skrętów, popis dobrej nawigacji, a za chwilę niespodzianka. Droga, która tak obiecująco się zaczynała, nagle zaczęła zmieniać swój charakter. Czarna wstęga asfaltu bledła, ustępując miejsca ubitej glinie i kamykom. No nic, trzeba było zacisnąć zęby, słysząc dziwne chrobotanie pod kołami. Jedziemy dalej. Po chwili obraz jak w filmu. W zwolnionym tempie mijamy przydomowy tartak, przygląda nam się (z wzajemnością) jegomość w słusznym wieku, ale dumnie wyprostowany, z długimi siwymi włosami, czapką leśnego skrzata i błyskiem mądrości w oku. Rozpuszczony dziad w Biecza we własnej osobie. Zachwyceni zjawiskiem jedziemy dalej i... koła zatrzymują się w ostatniej chwili przed rwącym nurtem potoku. Nie, to nie jest koniec drogi, droga biegnie dalej, tuż za rzeką. Robimy postój, orientujemy się w terenie, chyba coś jest nie tak. Tablica przed pobliską cerkwią oznajmia: jesteśmy w Wołowcu. Jakim cudem? W tym Wołowcu? Fantazjujemy: a gdybyśmy jednak postanowili przekroczyć tę rzekę, na pewno popsuł by nam się samochód, a na ratunek pospieszyłby nie kto inny, jak Andrzej S. w własnej osobie. A potem przy szklance wódki, od słowa do słowa, wręczylibyśmy mu te nasze rękopisy powieści, które oczywiście wozimy zawsze pod tylnym siedzeniem i które oczywiście zyskałyby od razu status arcydzieła.

Muzeum Łemkowskie w Bielance. W stanie rozkładu

Wyprawa w Beskid Niski wciąż jest (na szczęście!) podróżą do przeszłości. Spora część starych domów jest opuszczonych, niektóre wsie całkiem zniknęły z mapy. Kultura zatacza krąg, odradza się, ale nawet fakt, że stare łemkowskie chyże coraz chętniej zasiedlają nowi osadnicy, nie jest w stanie zmienić ogólnego wrażenia jakie dawna łemkowszyzna wywiera na odwiedzających. Przestrzeń wiosek tradycyjnie zorganizowana wokół sakralnego punktu - cerkwi, czas płynący cyklicznie, odmierzany rytmem pór roku i świąt religijny, ale przede wszystkim to, że zaskakująco mało rzeczy tam potrzeba do szczęścia. Żyje się tam zdecydowanie prościej, czy lepiej?

Szpilkowo. Nowica

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Jurij Andruchowycz, "Leksykon miast intymnych"


„Leksykon miast intymnych” ukazał się na Ukrainie w 2011 roku. W skład zbioru wchodzą opowiadania o 111 miastach, premiera książki miała miejsce 11 listopada, zaś jej cena rynkowa w kraju autora wynosiła 111 ukraińskich hrywien. Liczba jest jednym z czynników organizujących literacką przestrzeń dzieła, drugim jest alfabet. Takie wtłoczenie treści doświadczenia w abstrakcyjny system alfabetu wydaje się zaprzeczeniem ducha literackiej swobody i ułańskiej fantazji autora „Dwunastu kręgów”. Z drugiej strony otwiera to przestrzeń dla nowej zabawy, gry znaczeniami. Ułożenie miast w porządku alfabetycznym, w oderwaniu od geograficznego kontekstu mapy, umożliwia zaistnienie bliskości pomiędzy obszarami kulturowo bardzo od siebie odległymi. Alfabet, pisze Andruchowycz, „wymieszał przestrzenie i miejscami otwarcie zakpił z granic”. Oczywiście, lektura linearna to niejedyny możliwy sposób odczytywania „Leksykonu”, do łamania tej konwencji zachęca sam autor, proponując czytanie kluczem dat powstawania tekstów, zgodnie z biegiem rzek, czy metodą na chybił trafił.

Całość recenzji "Leksykonu miast intymnych" Jurija Andruchowycza na:
Leksykon miast intymnych. Swobodny podręcznik do geopoetyki i kosmopolityki
Jurij Andruchowycz
Wydawnictwo Czarne
2014

sobota, 15 marca 2014

Andrzej Stasiuk, "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach"



Najnowsza książka Andrzeja Stasiuka "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" to zbiór krótkich tekstów napisanych przez autora w ostatnich latach w większości dla czasopism zagranicznych, choć niektóre z nich ukazały się także w "Tygodniku Powszechnym" czy na portalu dwutygodnik.pl. Na zbiór składa się blisko 50 tekstów, o szerokim spektrum tematycznym - Stasiuk potrafi zrobić esej niemalże ze wszystkiego, a sztukę pisania zwięzłych, impresyjnych tekstów opanował do perfekcji. Oczywiście jest o jego podróżach, tych bliższych i dalszych, ale tym razem dużo chętniej eksploruje tereny własnej biografii, sięga pamięcią do dzieciństwa, wizyt u dziadków na Podolu, inicjacyjnych doświadczeń i buntów młodości. W szkicu "Z daleka", który można potraktować jako literacki manifest Stasiuka, znajdujemy wytłumaczenie tego zwrotu w stronę własnej przeszłości. "Moim refrenem, moim memento było 'już nigdy'. Dlatego każdy dzień, każde zwycięstwo, każdą klęskę chciałem przeżywać w dwójnasób. Niewykluczone, że właśnie dlatego zostałem pisarzem. Pisanie daje po prostu szansę powrotu, daje złudne przecież, ale jakże odurzające poczucie, że w jakiś sposób panuje się nad czasem. Że można powrócić do  obrazów, zapachów, dźwięków i uczuć. Że istnieje możliwość powtórzenia minionego..."

 
 Bokka, Town Of Strangers

Suczawa. Pamięć
To, co minęło, powraca. Wchodzi jak czuła igła w serce. Wystarczy szczegół. Dźwięk, zapach, obraz, chwila. Dostrzegasz coś kątem oka i minione powraca z niespodziewaną siłą. Dzieciństwo. Zawsze jednak dzieciństwo i nie sposób dostrzec, gdzie przebiega jego granica. Dziesięć, dwanaście lat? Jakby późniejszy czas nie miał już tej mocy. Suczawa dawno temu, ranek, kilkoro dzieci bawi się pod ścianą obskórnego bloku. Szary kolor cegieł i piachu sprawia, że cofam się o czterdzieści lat i na kilka sekund znika teraźniejszość, by zrobić miejsce letniemu porankowi u dziadków na wsi. To jest oślepiające jak delikatna magnezja. Dzieci, szary piasek, szary mur. Tak działa pamięć. Nie sposób odgadnąć jej praw. Trwało chwilę. Taksówka wiozła nas na dworzec. Jakby śmierć się oddaliła, jakby na ten ułamek czasu utraciła swoją władzę. Tak."



Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Andrzej Stasiuk
Wydawnictwo Czarne 
2014

poniedziałek, 20 stycznia 2014

V.S. Naipaul, "Indie"

Książka V.S. Naipaula jest taka jak kraj, o którym opowiada. Przepastna jak granice subkontynentu indyjskiego, ugina się od ciężaru stron i ludzkich historii. Jest długa i – momentami – nużąca jak podróż z Kalkuty do Bombaju. Przeludniona jak niemal każde indyjskie domostwo. Ale zarazem to najlepsza rzecz, jaką zdarzyło mi się o Indiach czytać.

Całość recenzji "Indii" V. S. Naipaula na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/przejrzec-indie/


Indie. Miliony zbuntowanych
V.S. Naipaul
Wydawnictwo Czarne
2013

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Dookoła talerza Sandora Maraiego. Paryż vol. 2


 Jeden z esejów Sandora Maraiego ze zbioru "W podróży" poświęcony jest - wyjątkowo - nie wojażom po obcych miastach i krajach, ale podróży na znacznie mniejszej przestrzeni, dookoła talerza, można tak rzec. Nie o byle jaki talerz tutaj jednak chodzi, ale o kuchnię francuską, creme de la creme światowej gastronomii. We Francji, wiadomo, jedzenie jest czynnością niemalże religijną, nie służy wyłącznie zaspokojeniu głodu cielesnego, ale ma przenosić na wyższy poziom duchowy (co może tłumaczyć astronomiczne ceny dań w paryskich restauracjach). O kuchni francuskiej każdy choć trochę kulturalnie wyrobiony obywatel Europy musi mieć jakieś - najczęściej wysokie - mniemanie.

Sandor Marai po raz pierwszy pojawił się w stolicy Francji  w wieku lat 23 i od razu "z taką żarliwością w sercu, z jaką pielgrzym przybywa do sanktuarium". Jak łatwo się domyślić, nawet najżarliwszy pielgrzym na paryskim bruk nie samym chlebem żyje, po jakimś czasie musi zjeść coś konkretnego. Dopadło to i Maraiego, jak wspomina; "Niepewnie i ze wzruszeniem błąkałem się po okolicy, nim wreszcie przystanąłem przed pierwszą napotkaną restauracją'. Im bliżej był celu, tym bardziej stawał się przejęty. Przekraczając próg jadłodajni, mówił sobie: "Poznam teraz francuską kuchnię, jedną z najszlachetniejszych kuchni świata".



Pisze dalej Marai: "Obiad kosztował trzy franki. Zamówiłem hors-d'oeveres, zestaw przystawek, mięso na sposób angielski ze smażonymi kartoflami i jakiś deser, który nazywał się Baba au rhum. [...] Przystawki przyniesiono bezzwłocznie. Składało się na nią trzy rzodkiewki, kawałek starego, znużonego życiem i wymęczonego w oleju śledzia oraz trzy czarne oliwki. Talerz wyglądał ubogo i smętnie. [...] Oliwki były gorzkie. Ryba trochę zjełczała. Rzodkiewki trochę twarde i przywiędłe, ale ponieważ miały znajomy smak, w końcu je zjadłem. Mięso na sposób angielski, które przede mną postawiono, okazało się najprawdziwszym żylastym ochłapem czwartej kategorii, który przykryto jakimś żółtym sosem; coś takiego w domu kupujemy dla psów. [...] Grzecznie czułem śmierdzące mięso, zaskoczony oglądałem polane rumem, przypominające kaszę ciasto, którego piękna nazwa pasowałaby do bohaterki powieści A potem już nic nie nastąpiło. W żołądku odczuwałem podejrzane poruszenia [...] Oto poznałem francuską kuchnię - pomyślałem.
Sandor Marai, "Kuchnia francuska" w tomie "W podróży"


Pierwsze spotkanie Sandora Maraiego z francuską kuchnią śmiało można określić traumatycznym. Jak sam przyznawał, mimo że później zdarzało mu się jeść we Francji potrawy wyśmienite, wspomnienie pierwszego obiady za trzy franki przetrwało w nim bardzo długo. Jadąc do Paryża na kilka dni nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że dane mi będzie powtórzyć jego los. Ale po kolei. Pierwsze godziny na ziemi francuskiej to był nieustanny zachwyt i ekscytacja (połączony oczywiście z małym stresem logistycznym, pt. "czy trafimy?"). Dopiero po pewnym czasie, kiedy udało nam się osiąść, poczuliśmy, jak bardzo jesteśmy głodni. I co teraz? W stolicy kulinarnego wykwintu, gdzie udać się najpierw? Z powodów ekonomicznych stanęło na najbliższym sklepie, w którym spędziliśmy zaskakująco dużo czasu. Już samo patrzenie na opakowania zagranicznych słodyczy było jak dzień dziecka, nawet dla tych, co nie jedzą cukru. Ostatecznie stanęło na sałatce z kuskusu (Maroko) i butelce czerwonego wina (Francja). Taniego. Dobrego. Przy malutkim stoliku "oberży", w której nocowaliśmy, zaznaliśmy ukojenia.

Kolejny etap - z racji przyjętego tempa zwiedzania - nazwać można "jedzeniem oczami". Jeśli w jakimś kraju w ogóle można się wyżywić w ten sposób, byłaby to Francja. Estetyzacja rozwinięta na szeroką skalę, liczy się wszystko, od koloru, przez kształt, sposób prezentacji lub podania, na opakowaniu kończąc. Szczytem wyrafinowania były wystawy cukierni, przed którymi stałam z otwartymi oczami, kuszona nawet nie wizją nieziemskiego smaku, ten bowiem jest mi obcy, ale walorami wizualnymi, które same w sobie były wystarczająco sugestywne.


Natura ma swoje prawa, przypomnieliśmy sobie na Montmartre. Z bezczelnością wypisaną na twarzach zajadaliśmy francuską bagietkę z tureckim hummusem, siedząc dokładnie naprzeciwko słynnego Moulin Rouge. Był środek dnia, więc raczej niż nam za to nie groziło. Hummus był zimny (zbyt) i mazisty (zbyt), nie taki jak lubię - gęsty i ziemisty. Ale bagietka prima sort. Biorąc to za dobrą monetę, uderzyliśmy w wypieki. Ja fantazjowałam o zamianie w ciasto na croissanty, kiedy mój towarzysz zajadał się pistacjowym flanem. Nie od rzeczy będzie wspomnieć też o magdalenkach, które dostawaliśmy co rano w śniadaniowym pakiecie. Miękkie, puszyste, z lekko wyczuwalnym aromatem wanilii, nie dziwota, że uwiodły samego Prousta.

Rozochoceni tak obiecującym początkiem postanowiliśmy skorzystać w pełni z paryskich jedzeniowych przybytków, już nie tylko wejść i wyjść, ale wejść po to, by zostać na dłużej. Decyzja zapadła gdzieś podczas wieczornego spaceru po dzielnicy Marais, w okolicach Centrum Pompidou. Mijane place i ulice pełne były rozświetlonych, wypełnionych gwarem kawiarni, wystarczyło tylko w jednej z nich się zatrzymać. Nie było to jednak takie proste, przekleństwo nadmiaru, kiedy już zbliżaliśmy się do jednej, z daleka kusiła następna. I tak nam zeszło dobrą godzinę. W międzyczasie rozmyślaliśmy o celu naszej projektowanej wizyty. Na wino i napoje chłodzące było odrobinę za zimno, no to może kawa? Idealnie! Cóż może być bardziej dekadenckiego niż picie kawy w Paryżu? Podchodzimy do karty dań w pierwszym lepszym lokalu, tradycyjnie wystawionej na zewnątrz. Przecieramy oczy ze zdumienia, kawy nie ma w karcie. Idziemy, do kolejnej, kolejnej, wciąż to samo. Reflektujemy się szybko - napój tak oczywisty, że nie potrzeby wpisywania go w menu, ale dobija nas inna obserwacja  - kawy nikt o tej porze (21.00) nie pije! Czy zatem nie będzie to jakimś olbrzymim faux pas, jeśli o tak później godzinie zamówimy filiżankę małej czarnej? W końcu mój towarzysz się denerwuje - albo uderzamy do najbliższych drzwi, albo odstawia mnie do domu. Ulegam i tak oto trafiamy do kawiarni o wyjątkowym położeniu - z jednej strony widać Notre Dame i Sekwanę, z drugiej - odległe światła Wieży Eiffla. Kawa podana jest oczywiście w małej filiżance, gęsta i gorzka, ale tym razem ma słodki smak zwycięstwa.


Po krótkim i emocjonującym preludium przyszedł czas na kulminację - prawdziwie francuski posiłek. Głód dopadł nas w Dzielnicy Łacińskiej i tak się dobrze złożyło, że trafiliśmy w zagłębie małych bistro oferujących pełen przekrój typowo francuskich specjałów (albo za takie uznawanych). Przez moment krążyliśmy od szyldu do szyldu starając się znaleźć najlepsze kombinacje potraw, w końcu jeden z nich ostatecznie nas przekonał. Knajpka była jasna i dość gęsto obsadzona, wzięliśmy to za dobry znak. Posadzono nas przy oknie skąd mieliśmy dobry widok na paryską ulicę. Na dzień dobry przyszła zupa cebulowa i... to była najgorsza soupe a l'oignon, jaką zdarzyło mi się jeść. Bury kolor, śladowe ilości warzyw, najgorsza była jednak broniąca dostępu do zupy grzanka - warstwa sera o niespecjalnym smaku była tak gruba, że skutecznie skleiła wszystko; musiałam stoczyć ostrą walkę. Nie wspominając już o tłustości i ciężkości takiego dania. Na drugie - chyba tropem Maraia - zamówiłam coś całkiem niefrancuskiego: burgera z frytkami. Mięso było twarde i niezbyt aromatyczne, bułka zapychająca. Jedynie frytki ratowały honor, ale przecież nie byliśmy w Belgii! Deser nie na słodko, tu nie było wyboru: talerz francuskich serów. Dostałam kawałek uschniętego camemberta całkiem bez zapachu i rolady koziej (nawet nie tknęłam), udekorowane skromnie małym listkiem sałaty. A potem było już tylko nieprzyjemne uczucie w żołądku...

Lektura eseju Sandora Maraia i moja paryska eskapada uczą mnie: jeśli francuska kuchnia, to tylko w najlepszych restauracjach, albo we własnym domu.


O prawdziwej francuskiej kuchni i jednym z jej wirtuozów - Auguście Escoffierze - można przeczytać w recenzji "Białych trufli" N. M. Kelby na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/sztuka-smaku/