poniedziałek, 2 lutego 2015
czwartek, 15 stycznia 2015
Tiziano Terzani, "Powiedział mi wróżbita"
Tiziano Terzani
Pomysł na książkę "Powiedział mi wróżbita" zrodził się w głowie Tiziano Terzaniego w niecodziennych okolicznościach. W latach 70. ubiegłego wieku pewien spotkany w Hongkongu wróżbita przepowiedział mu, że rok 1993 będzie dla niego wyjątkowo niebezpieczny ze względu na ryzyko katastrofy lotniczej, stąd szczególnie dla niego wskazanym będzie, żeby w tym roku nie wsiadał na pokład samolotu. Terzani, reporter i podróżnik, dla którego sytuacja zagrożenia życia nie była niczym nowym, sceptycznie odniósł się do zapowiedzi profety, o przepowiedni jednak pamiętał, zwłaszcza kiedy złowieszczy rok 1993 pojawił się na horyzoncie. Nie z obawy, że przepowiednia się spełni, ale raczej czystej ciekawości pisarz powziął postanowienie, że przez cały ten rok powstrzyma się od podniebnych podróży, co - ze względu na jego zawód - zakrawało wręcz na ekstrawagancję. Zaplanował sobie, że przez ten czas podróżować będzie wyłącznie drogą lądową i morską, a w każdym z odwiedzanych miejsc będzie starał się nawiązać kontakt z miejscowym czarownikiem. "Powiedział mi wróżbita" to zapis jego rocznej ponad eskapady, nie tylko przez kraje Azji i Europy, ale przede wszystkim do źródeł wschodniej duchowości.
Ten wyjątkowy w karierze dziennikarskiej Terzaniego rok, nie przyniósł katastrofy, ale nowe otwarcie. Przede wszystkim konieczność poruszania się wyłącznie "powolniejszymi" środkami transportu, jak pociągi, statki, czy transport samochodowy, stworzyła mu warunki do bliższego doświadczania odwiedzanych miejsc, zaowocowała też wieloma spotkaniami z ludźmi, które na pewno nie mogłyby mieć miejsca, gdyby podróżował samolotem. Odwiedził między innymi Birmę, Kambodżę, Wietnam, Mongolię, Singapur i Malezję i interesująco o nich w książce opowiada. Najciekawsze są jednak jego obserwacje na temat postrzegania świata przez ludzi Wschodu. Choć od kilku już lat pisarz mieszkał w Tajlandii, jego racjonalna umysłowość i sceptyczny stosunek do wszelkich przejawów mistycyzmu nie uległy zachwianiu. Dopiero ta wyjątkowa podróż, podczas której zetknął się z wieloma wróżbitami, jasnowidzami, uzdrowicielami i... szarlatanami, sprawiła, że otworzył się na inne niż oparte na prawach logiki sposoby wyjaśniania rzeczywistości. Zaskoczeniem dla niego było, że wiara w wpływ transcendentnej siły na kształt wydarzeń oraz myślenie w kategoriach karmicznych - nasze przewinienia z przeszłości są przyczyną dzisiejszych nieszczęść - są niemalże powszechne. Większość ze spotkanych przez reportera osób korzysta bądź korzystała z usług rozmaitych wróżbitów, a ich sposoby interpretacji zdarzeń cieszyły się popularnością. Nawet nie chodziło o to, by przepowiednie się sprawdzały - cześć z nich była w oczywisty sposób chybiona - ale o traktowanie ich z powagą i szacunkiem. Jedna radę, która pojawiała się na kilku takich spotkaniach, pisarz postanowił wziąć sobie do serca: zaczął medytować, a tym samym otworzył się w pełni na wschodnie myślenie.
A co do prawdziwości przepowiedni wróżbity z Hongkongu... Cóż, już na początku 1993 roku helikopter przewożący dziennikarzy, na pokładzie którego normalnie byłby Terzani ale w wyjątkowych okolicznościach zastąpił go redakcyjny kolega, rozbił się. Na szczęście, poza drobnymi obrażeniami nikomu nic się nie stało. Przypadek?
Powiedział mi wróżbita
Tiziano Terzani
Wydawnictwo Zysk i S-ka
2008
2008
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Wymowne milczenie. Bruce Chatwin, "W Patagonii"
To książka-legenda. Wypada ją znać; ambitnym podróżnikom pasuje do płóciennego plecaka, ale dobrze wygląda też na półce kanapowych intelektualistów. "W Patagonii" Bruce'a Chatwina to jedna z tych książek owianych literacką sławą, kryjących w sobie obietnicę niezwykłej wyprawy, a przy tym prezentująca oryginalne spojrzenie na pisarstwo podróżnicze. Przez lata była nieuchwytna. Miałam ją zawsze z tyłu głowy i na krótkiej liście, ale zdobyć ją było niemożliwością - w serwisach aukcyjnych osiągała astronomiczne ceny - a w wielkomiejskich bibliotekach widniała stale jako niedostępna. Oczekiwanie wypełniałam sobie innymi lekturami z kręgu Chatwina - jego listów, esejów, notatek - a kiedy książek zabrakło były jeszcze filmy Wernera Herzoga. I nagle ten dzień - jak olśnienie! W małej, ciasnej od książek salce średniomiejskiej biblioteki, na zwyczajnej półce, nie żadnym miejscu szczególnym, w otoczeniu innych, mniej znaczących dziełek literackich zamrugała do mnie "Patagonia". Po czym nastąpił odruch bezwarunkowy - ręka wyciągnięta po książkę, a potem dyskretne rozejrzałam się i przygotowałam na błysk fleszy. Taki moment wymagał uwiecznienia, nawet w postaci pierwszego i ostatniego selfie.
Bruce Chatwin
"Wyjechałem do Patagonii na cztery miesiące, a może sześć" - tej treści telegram miał wysłać Chatwin do redaktora naczelnego czasopisma "Sunday Times", gdzie regularnie ukazywały się jego artykuły. Pragnienie podróży było silniejsze niż wszelkie zobowiązania, Chatwin miał osobowość nomady - który to fenomen bezowocnie starał się opisać w swoim pierwszym niedokończonym dziele o ludzkiej skłonności do wędrowania - a ciągłe zmiany miejsca pobytu były w jego przypadku tyle przygodą co uciążliwą koniecznością. Fakt, że wybrał się właśnie do Patagonii, był jednocześnie przypadkowy jak i silnie umotywowany. Współpracując z czasopismem "Sunday Times", często miał okazję przeprowadzać wywiady ze znanymi osobowościami świata kultury. W takim celu spotkał się ze znaną panią architekt, Eileen Gray w jej paryskim mieszkaniu. Po zakończeniu oficjalnej części spotkania, rozglądając się po jej mieszkaniu, zauważył ogromną mapę Patagonii na ścianie. "Zawsze chciałem tam pojechać" - miał powiedzieć wtedy, kobieta zaś przyznała się, że podziela jego pragnienie i że w takim razie musi się tam wybrać jak najszybciej, także w jej imieniu. To było dziełem przypadku. Nieprzypadkowo zaś w rodzinnym domu Chatwina, w tzw. "gabinecie osobliwości" znajdował się fragment skóry mylodonta - gigantycznego wymarłego ssaka - przysłany z Patagonii przez wuja pisarza, kapitana Charlesa Millwarda. W ten przedmiot pisarz jako dziecko potrafił wpatrywać się godzinami i to on był dla niego symbolem odległych, niezbadanych lądów, do których kiedyś wyruszy.
Opublikowane w 1977 roku "W Patagonii" było debiutem prozatorskim Chatwina, zwieńczeniem jego wieloletnich zmagań z materią pisarską i trampoliną do dalszej kariery. Książka od razu zyskała sobie przychylność krytyków i czytelników, co zdarza się - jak wiemy - niezwykle rzadko, a jej autora obwołano odnowicielem gatunku travel writing. Ale po kolei, i bez zbytniej emfazy. "W Patagonii" składa się z 97 luźno powiązanych ze sobą rozdziałów-anegdot, będących impresjami Chatwina z kilkumiesięcznej podróży po bezdrożach Ameryki Południowej. Łączy je oczywiście lokalizacja geograficzna, ale brak tu wyraźnej linii narracyjnej. Działanie autora ujawnia się przede wszystkim w selekcji materiału, którego dostarcza mu doświadczenie, nie w bezpośrednich wypowiedziach. To przeciwieństwo tych książek podróżnych, w których osoba pisarza stawiana jest na pierwszym miejscu, a to, co myśli, czuje, przeżywa, ważniejsze jest od odwiedzanych miejsc. Narracyjnym rozluźnieniem sięga Chatwin (świadomie?) do zapomnianej nieco tradycji, "Podróży sentymentalnej" Lawrence'a Sterne, ale treściowo już nie - jego emocje podczas podróży nie są dla niego przedmiotem zainteresowania. Skupia się na tym, co widzi, a dostrzega niemało.
Patagonia w oczach Chatwina jest krainą odludną i przestrzenną, zamieszkałą w większości przez rozkoszujących się samotnością oryginałów. Pisarz bywa w ich domach, słucha ich historii, ale powstrzymuje się od komentarza. Pozwala, by opowieść niejako pisała się sama, tak jak sama "pisze" się jego podróż. Od drzwi do drzwi, przed siebie za głosem intuicji, tam gdzie przyzywa go coś interesującego. Kilka miejsc zdaje się pociągać go bardziej. Na jakiś czas zatrzymuje się w walijskiej osadzie w Patagonii i obserwuje, jak udało się przeszczepić brytyjską obyczajowość na spalone od słońca ziemie południowej Ameryki. Interesuje go szczególnie historia bohaterów znanych jako Butch Cassidy i Sundance Kid - ściganych przez prawo przestępców, którzy postanowili osiedlić się na patagońskim pustkowiu, zostać farmerami i tam w spokoju dożyć swoich dni. Ważne, jeśli nie najważniejsza, są dla Chatwina losy wuja, kapitana Charlesa Millwarda - tego od skóry mylodonta - a także niestrudzony pościg za prehistorycznym olbrzymem.
Właśnie z powodu tego ostatniego na książkę Chatwina spadła największa fala krytyki, zwłaszcza ze strony córki kapitana, która gościła pisarza w czasie jego pobytu w Patagonii. Wtedy to pokazała mu dokumenty pozostawione przez zmarłego ojca; pracowała już wówczas nad jego biografią. Chatwin przyjrzał im się dokładnie i skorzystał, może trochę za bardzo. Po ukazaniu się "W Patagonii" córka Millwarda oskarżyła autora o plagiat, twierdząc, że w kilku rozdziałach przytoczył in extenso zapiski jej ojca. Chatwin listownie ją przeprosił, tłumacząc się z rzekomych nadużyć, czas pokazał jednak, że to jego książka unieśmiertelniła kapitana, zaś biografia autorstwa jego córki nigdy nie powstała.
Właśnie z powodu tego ostatniego na książkę Chatwina spadła największa fala krytyki, zwłaszcza ze strony córki kapitana, która gościła pisarza w czasie jego pobytu w Patagonii. Wtedy to pokazała mu dokumenty pozostawione przez zmarłego ojca; pracowała już wówczas nad jego biografią. Chatwin przyjrzał im się dokładnie i skorzystał, może trochę za bardzo. Po ukazaniu się "W Patagonii" córka Millwarda oskarżyła autora o plagiat, twierdząc, że w kilku rozdziałach przytoczył in extenso zapiski jej ojca. Chatwin listownie ją przeprosił, tłumacząc się z rzekomych nadużyć, czas pokazał jednak, że to jego książka unieśmiertelniła kapitana, zaś biografia autorstwa jego córki nigdy nie powstała.
Chociaż Chatwin odżegnywał się od pisarstwa podróżniczego i był przeciwnikiem podziału na fiction i non-fiction jego książka została przypisana do tego właśnie gatunku, wywołując tam niemały ferment. Właściwie ciężko pozostać wobec niej obojętnym, albo się pokocha od pierwszych zdań, albo znienawidzi, a dowodem na to jest fakt, że tymi samymi argumentami operują zwolennicy i przeciwnicy książki. Zarzuca się jej fragmentaryczność, to że autor potraktował zebrany materiał bardzo selektywnie i że fakty miesza z wytworami fantazji. Można mieć mu za złe także to, że niezbyt wiele dowiemy się z jego książki o Patagonii jako takiej - brakuje danych, liczb, choćby pozorów obiektywności - za to spojrzymy na nią oczami pisarza. Dla kogo to za mało, odsyłam do Wikipedii lub bardziej rzeczowych opracowań. Mi nie do końca to przeszkadza, lubię styl Chatwina, choć tutaj jest jeszcze nie do końca wykrystalizowany, dojrzeje dopiero w "Songlines". "W Patagonii" to całkiem nowe podejście do literatury miejsca, w centrum stawiające właśnie literaturę, zgrabnie kondensujące treść za pomocą kilku sugestywnych obrazów. I zbudowane na milczeniu autora, ale milczeniu wymownym.
W Patagonii
Bruce Chatwin
Świat Książki
2007
Świat Książki
2007
piątek, 12 grudnia 2014
Wiedeń, którego nie było
wtorek, 2 grudnia 2014
Anthony Shadid, "Kamienny dom"
To było jak uderzenie pioruna, tak właśnie zaczynają się dobre historie. Kilka lat temu Anthony Shadid, korespondent New York Timesa i Washington Post na Bliskim Wschodzie, dwukrotny laureat nagrody Pulitzera, odwiedza rodzinne miasto swoich dziadków ze strony matki. Mardż Ujun na terytorium Libanu jest podówczas senną nieco osadą, nie pozbawioną jednak śladów dawnej świetności. Po dłuższej chwili Shadid odnajduje sławny dom Isbera Samary, który jego dziad budował jako schronienie dla wielu pokoleń. Na dachu dostrzega ślad po uderzeniu pocisku, który znacznie uszkodził jego powierzchnię i pozostawił wielką wyrwę. Spojrzenie na zrujnowany dom przodków wywołuje u pisarza uczucie ogromnej nostalgii za czasami, kiedy dom ten tętnił życiem i działo się tam to, co stało się jego dziedzictwem. I właśnie w tym momencie w głowie Shadida rodzi się plan, żeby odbudować dawną siedzibę rodu; pragnienie to opanowuje go bez reszty.
To, co zaczęło się jako podróż sentymentalna, staje się jednym z ważniejszych, jeśli nie najważniejszym projektem życiowym pisarza. Shadid wraca nie tyle do własnych wspomnień, ale szerzej do wspomnień swojego bajt – w języku arabskim słowo znaczy to nie tylko dom, budynek mieszkalny, ale szerzej także rodzinę, ród, z którego człowiek się wywodzi. Opowieść rozwija się równolegle w dwóch planach – w jednym śledzimy zmagania pisarza z opieszałością libańskich robotników i powoli postępującą renowację domu Isbera Samary, na drugim planie rozgrywają się burzliwe dzieje rodu jego matki, których los rzuca za ocean, do dalekiej Ameryki. Rodzinna saga przeplata się z opowieścią o współczesnym Libanie. Na korzyść książki przemawia to, że nie ma tu za wiele polityki, ot tyle żeby zrozumieć historyczny kontekst, ale nacisk położony jest na kulturowe i obyczajowe przemiany, jakim te ziemie zostały poddane w ostatnich dekadach.
Anthony Shadid
Kamienny dom. O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma
Wydawnictwo Czarne
2014
sobota, 8 listopada 2014
aROMAt wiecznego miasta...
Pojechać do Rzymu na cztery dni to jak założyć za ciasne buty. Chodzenie w ciągłym dyskomforcie, że za mało tego czasu, za mało, że za dużo do zobaczenia, za dużo. Zwłaszcza, kiedy podróż odbywa się w celu nie do końca krajoznawczym i przez większość czasu biega się ze wzrokiem wlepionym w chodnik, czasem tylko prześlizgującym się po tabliczkach z nazwami ulic. W kilka dni nie można poznać miasta, ba!, nawet ogarnąć spojrzeniem w całości, można jedynie poczuć subtelny jego aromat, raz czy dwa odetchnąć pełną piersią rzymskim powietrzem (zaciągać się w rzeczywistości nie polecam, można się miejscami niemiło rozczarować...).
Zacznijmy od kolorów i tego, dlaczego do Rzymu warto pojechać jesienią. Pierwszą rzeczą, która robi wrażenie po przekroczeniu granic miasta, jest właśnie układ barw, niespotykany u nas, typowy dla miast południowych. Zgaszone brązy, beże, szeroka paleta żółcieni; krzykliwych kolorów raczej się nie uświadczy, dominuje odczucie ciągłości i spójności w przestrzeni, miasto rozwija się i rozrasta w sposób płynny, jednakowo ogrzewane łagodnym słońcem. Na tym tle jedynym wybijającym się akcentem jest zieleń - bujnie kapiąca z balkonów i balustrad, obecna w licznych parkach i na skwerach, odporna na zimno i tylko gdzieniegdzie ozłocona jesienną szatą. Poza tym ciepło, nam jest ciepło. Dla Włochów temperatura w granicach 17-18 stopni to już przedsmak zimy, chodzą w ciężkich kurtkach, szalikach, podczas gdy my pławimy się w przyjemnym, południowym słońcu.
Ulice Rzymu to temat rzeka, wyzwanie dla najlepszych kartografów jak i tych, którzy mapami biegle się posługują. Niezbadana jest logika układu rzymskich ulic (albo raczej jej brak), a drogi potrafią tam krzyżować się pod każdym możliwym kątem. I ta ich mnogość! Masa wąziutkich przesmyków, które w każdym normalnym mieście nawet nie aspirowałyby do miana ulicy, tu ściele się gęsto i czyni z planu miasta niemal nieprzepuszczalną sieć. Problemy występują też na linii mapa-teren, bo często to, co wyrysowane tak pięknie na poglądowej mapce porwanej w hotelowym holu, nijak się ma do rzeczywistego rozkładu przestrzeni. Dlatego, chcąc trafić na miejsce, trzeba niestety koniec nosa mieć zanurzony w planie miasta. Stąd też najprzyjemniej jest w Rzymie flaneurom, tym, co to mogą się spokojnie przelewać z nogi na nogę, nie spieszyć nigdzie i nie martwić, że nie trafią na czas.
Żelazny punkt wizyty to oczywiście Watykan, "państwo w państwie". Aż dziw bierze, że to jest ta sławetna stolica apostolska, centrum chrześcijańskiego świata. Z bliska wygląda raczej jak eksponat w parku miniatur, małe ozdobne pudełeczko wykute z kamienia.
Jak przystało na odwiedziny w takim miejscu nie odbyło się bez pokazu tajemniczych znaków. Nad placem świętego Piotra zebrały się ciemne chmury, a drobny deszczyk urozmaicił nam czas oczekiwania w kolejce do kontroli bezpieczeństwa.
Zdecydowana większość moich rzymskich ekskursji odbywała się porze nocnej. Rzym po zmroku nie ma w sobie nic z grozy, czy tajemnicy. Jest jak ogromna, rozświetlona sala balowa, w której zabawa nigdy nie ustaje.
Na Campo di Fiori, gdzie spogląda na nas posępnie zakapturzona postać Giordana Bruna, trwa w najlepsze wieczorna fiesta, pełna gwaru, świateł i smakowitych zapachów. Tam też przekonuję się po raz pierwszy o serdeczności Włochów. Kiedy właściciel poniższego pojazdu-potworka orientuje się, że przyglądam mu się z żywym zainteresowaniem, natychmiast podchodzi do swego wozu i szarmanckim gestem uchyla mi drzwiczki, bym mogła zajrzeć do środka, rozsiąść się i dać się sfotografować. Poniższy model - jak łatwo się domyślić - wyprodukowała włoska marka Piaggio, która ma na swoim koncie wiele takich samochodowych hybryd.
Zdarzają się też momenty całkiem magiczne, jak ten. Nocny widok na Forum Romanum.
Nie można zapomnieć oczywiście o włoskiej kuchni, która w samym Rzymie jednak najeżona jest wieloma pułapkami. Restauracji jest oczywiście cała masa, można przebierać jak w ulęgałkach, znajdzie się coś na każdy portfel. Kłopot w tym, że pierwsza euforia wywołana faktem, że w końcu można posmakować "prawdziwej włoskiej kuchni" szybko ustępuje miejsca rozczarowaniu, że ta najbardziej chyba w świecie rozpowszechniona gastronomia właściwie niczym nie zaskakuje i w samej swej stolicy nie potrafi zaserwować nic oryginalnego. Oczywiście, są składniki, tam na miejscu najwyższej jakości: pomidory, makarony, prosciutto, włoskie wina, jednak połączenia smaków i serwowane dania niewiele różnią się od menu co lepszej trattorii w rodzimym kraju. Pewnie to kwestia nieznajomości miejsc, w których jadają rzymianie, i stołowanie się wyłącznie w lokalach skierowanych głównie do turystów, ale po kilku posiłkach znudziły już się carbonary, lasagne bolognese, pizze margharity, eskalopki czy mediolańskie cottolety i właściwie można by poprzestać na antipasti (zawsze cudowne), chlebie, wodzie i czerwonym winie.
Dopiero po opuszczeniu granic miasta udało mi się przeżyć prawdziwą włoską kulinarną ucztę. W prowincjonalnym miasteczku, niepozorna knajpka nad pasażem handlowym. Przestronna i całkowicie pusta. Dodatkowo posępne wrażenie robiły miarowe uderzenia deszczu o dach - takich ulew Włochy dawno nie widziały - i wiadro ustawione na środku sali restauracyjnej jako ratunek przed przeciekającym dachem. Ale karta - znakomita! Dość powiedzieć, że nic z niej nie rozumiałam, nawet nie potrafiłam skojarzyć z włoskimi daniami rozpoznawanymi poza granicami Italii. Zamówiłam risotto. I w końcu było jak trzeba. Kremowe, maślane, z aromatem białego wina i ziarnami zachowującymi swą strukturę. Z wyrazistymi w smaku dodatkami w tym przede wszystkim słodkawą pastą z pieczonej dyni. Poezja! Także ceny nijak się miały do rzymskich, wniosek jest taki: jak mieszkać, to w Rzymie, a stołować się tylko na prowincji.
I na koniec THE BEST OF ROME - dwa największe zaskoczenia i zachwyty:
Numer 1: w przypadkowym kościele nieprzypadkowy obraz - Caravaggio "Powołanie św. Mateusza"
Numer 2: Panteon. Inżynieryjnego geniuszu i maestrii wykonania nie da się uchwycić z zewnątrz, a jedynie patrząc w sam środek monumentalnej kopuły.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








