poniedziałek, 5 stycznia 2015
Wymowne milczenie. Bruce Chatwin, "W Patagonii"
To książka-legenda. Wypada ją znać; ambitnym podróżnikom pasuje do płóciennego plecaka, ale dobrze wygląda też na półce kanapowych intelektualistów. "W Patagonii" Bruce'a Chatwina to jedna z tych książek owianych literacką sławą, kryjących w sobie obietnicę niezwykłej wyprawy, a przy tym prezentująca oryginalne spojrzenie na pisarstwo podróżnicze. Przez lata była nieuchwytna. Miałam ją zawsze z tyłu głowy i na krótkiej liście, ale zdobyć ją było niemożliwością - w serwisach aukcyjnych osiągała astronomiczne ceny - a w wielkomiejskich bibliotekach widniała stale jako niedostępna. Oczekiwanie wypełniałam sobie innymi lekturami z kręgu Chatwina - jego listów, esejów, notatek - a kiedy książek zabrakło były jeszcze filmy Wernera Herzoga. I nagle ten dzień - jak olśnienie! W małej, ciasnej od książek salce średniomiejskiej biblioteki, na zwyczajnej półce, nie żadnym miejscu szczególnym, w otoczeniu innych, mniej znaczących dziełek literackich zamrugała do mnie "Patagonia". Po czym nastąpił odruch bezwarunkowy - ręka wyciągnięta po książkę, a potem dyskretne rozejrzałam się i przygotowałam na błysk fleszy. Taki moment wymagał uwiecznienia, nawet w postaci pierwszego i ostatniego selfie.
Bruce Chatwin
"Wyjechałem do Patagonii na cztery miesiące, a może sześć" - tej treści telegram miał wysłać Chatwin do redaktora naczelnego czasopisma "Sunday Times", gdzie regularnie ukazywały się jego artykuły. Pragnienie podróży było silniejsze niż wszelkie zobowiązania, Chatwin miał osobowość nomady - który to fenomen bezowocnie starał się opisać w swoim pierwszym niedokończonym dziele o ludzkiej skłonności do wędrowania - a ciągłe zmiany miejsca pobytu były w jego przypadku tyle przygodą co uciążliwą koniecznością. Fakt, że wybrał się właśnie do Patagonii, był jednocześnie przypadkowy jak i silnie umotywowany. Współpracując z czasopismem "Sunday Times", często miał okazję przeprowadzać wywiady ze znanymi osobowościami świata kultury. W takim celu spotkał się ze znaną panią architekt, Eileen Gray w jej paryskim mieszkaniu. Po zakończeniu oficjalnej części spotkania, rozglądając się po jej mieszkaniu, zauważył ogromną mapę Patagonii na ścianie. "Zawsze chciałem tam pojechać" - miał powiedzieć wtedy, kobieta zaś przyznała się, że podziela jego pragnienie i że w takim razie musi się tam wybrać jak najszybciej, także w jej imieniu. To było dziełem przypadku. Nieprzypadkowo zaś w rodzinnym domu Chatwina, w tzw. "gabinecie osobliwości" znajdował się fragment skóry mylodonta - gigantycznego wymarłego ssaka - przysłany z Patagonii przez wuja pisarza, kapitana Charlesa Millwarda. W ten przedmiot pisarz jako dziecko potrafił wpatrywać się godzinami i to on był dla niego symbolem odległych, niezbadanych lądów, do których kiedyś wyruszy.
Opublikowane w 1977 roku "W Patagonii" było debiutem prozatorskim Chatwina, zwieńczeniem jego wieloletnich zmagań z materią pisarską i trampoliną do dalszej kariery. Książka od razu zyskała sobie przychylność krytyków i czytelników, co zdarza się - jak wiemy - niezwykle rzadko, a jej autora obwołano odnowicielem gatunku travel writing. Ale po kolei, i bez zbytniej emfazy. "W Patagonii" składa się z 97 luźno powiązanych ze sobą rozdziałów-anegdot, będących impresjami Chatwina z kilkumiesięcznej podróży po bezdrożach Ameryki Południowej. Łączy je oczywiście lokalizacja geograficzna, ale brak tu wyraźnej linii narracyjnej. Działanie autora ujawnia się przede wszystkim w selekcji materiału, którego dostarcza mu doświadczenie, nie w bezpośrednich wypowiedziach. To przeciwieństwo tych książek podróżnych, w których osoba pisarza stawiana jest na pierwszym miejscu, a to, co myśli, czuje, przeżywa, ważniejsze jest od odwiedzanych miejsc. Narracyjnym rozluźnieniem sięga Chatwin (świadomie?) do zapomnianej nieco tradycji, "Podróży sentymentalnej" Lawrence'a Sterne, ale treściowo już nie - jego emocje podczas podróży nie są dla niego przedmiotem zainteresowania. Skupia się na tym, co widzi, a dostrzega niemało.
Patagonia w oczach Chatwina jest krainą odludną i przestrzenną, zamieszkałą w większości przez rozkoszujących się samotnością oryginałów. Pisarz bywa w ich domach, słucha ich historii, ale powstrzymuje się od komentarza. Pozwala, by opowieść niejako pisała się sama, tak jak sama "pisze" się jego podróż. Od drzwi do drzwi, przed siebie za głosem intuicji, tam gdzie przyzywa go coś interesującego. Kilka miejsc zdaje się pociągać go bardziej. Na jakiś czas zatrzymuje się w walijskiej osadzie w Patagonii i obserwuje, jak udało się przeszczepić brytyjską obyczajowość na spalone od słońca ziemie południowej Ameryki. Interesuje go szczególnie historia bohaterów znanych jako Butch Cassidy i Sundance Kid - ściganych przez prawo przestępców, którzy postanowili osiedlić się na patagońskim pustkowiu, zostać farmerami i tam w spokoju dożyć swoich dni. Ważne, jeśli nie najważniejsza, są dla Chatwina losy wuja, kapitana Charlesa Millwarda - tego od skóry mylodonta - a także niestrudzony pościg za prehistorycznym olbrzymem.
Właśnie z powodu tego ostatniego na książkę Chatwina spadła największa fala krytyki, zwłaszcza ze strony córki kapitana, która gościła pisarza w czasie jego pobytu w Patagonii. Wtedy to pokazała mu dokumenty pozostawione przez zmarłego ojca; pracowała już wówczas nad jego biografią. Chatwin przyjrzał im się dokładnie i skorzystał, może trochę za bardzo. Po ukazaniu się "W Patagonii" córka Millwarda oskarżyła autora o plagiat, twierdząc, że w kilku rozdziałach przytoczył in extenso zapiski jej ojca. Chatwin listownie ją przeprosił, tłumacząc się z rzekomych nadużyć, czas pokazał jednak, że to jego książka unieśmiertelniła kapitana, zaś biografia autorstwa jego córki nigdy nie powstała.
Właśnie z powodu tego ostatniego na książkę Chatwina spadła największa fala krytyki, zwłaszcza ze strony córki kapitana, która gościła pisarza w czasie jego pobytu w Patagonii. Wtedy to pokazała mu dokumenty pozostawione przez zmarłego ojca; pracowała już wówczas nad jego biografią. Chatwin przyjrzał im się dokładnie i skorzystał, może trochę za bardzo. Po ukazaniu się "W Patagonii" córka Millwarda oskarżyła autora o plagiat, twierdząc, że w kilku rozdziałach przytoczył in extenso zapiski jej ojca. Chatwin listownie ją przeprosił, tłumacząc się z rzekomych nadużyć, czas pokazał jednak, że to jego książka unieśmiertelniła kapitana, zaś biografia autorstwa jego córki nigdy nie powstała.
Chociaż Chatwin odżegnywał się od pisarstwa podróżniczego i był przeciwnikiem podziału na fiction i non-fiction jego książka została przypisana do tego właśnie gatunku, wywołując tam niemały ferment. Właściwie ciężko pozostać wobec niej obojętnym, albo się pokocha od pierwszych zdań, albo znienawidzi, a dowodem na to jest fakt, że tymi samymi argumentami operują zwolennicy i przeciwnicy książki. Zarzuca się jej fragmentaryczność, to że autor potraktował zebrany materiał bardzo selektywnie i że fakty miesza z wytworami fantazji. Można mieć mu za złe także to, że niezbyt wiele dowiemy się z jego książki o Patagonii jako takiej - brakuje danych, liczb, choćby pozorów obiektywności - za to spojrzymy na nią oczami pisarza. Dla kogo to za mało, odsyłam do Wikipedii lub bardziej rzeczowych opracowań. Mi nie do końca to przeszkadza, lubię styl Chatwina, choć tutaj jest jeszcze nie do końca wykrystalizowany, dojrzeje dopiero w "Songlines". "W Patagonii" to całkiem nowe podejście do literatury miejsca, w centrum stawiające właśnie literaturę, zgrabnie kondensujące treść za pomocą kilku sugestywnych obrazów. I zbudowane na milczeniu autora, ale milczeniu wymownym.
W Patagonii
Bruce Chatwin
Świat Książki
2007
Świat Książki
2007
piątek, 12 grudnia 2014
Wiedeń, którego nie było
wtorek, 2 grudnia 2014
Anthony Shadid, "Kamienny dom"
To było jak uderzenie pioruna, tak właśnie zaczynają się dobre historie. Kilka lat temu Anthony Shadid, korespondent New York Timesa i Washington Post na Bliskim Wschodzie, dwukrotny laureat nagrody Pulitzera, odwiedza rodzinne miasto swoich dziadków ze strony matki. Mardż Ujun na terytorium Libanu jest podówczas senną nieco osadą, nie pozbawioną jednak śladów dawnej świetności. Po dłuższej chwili Shadid odnajduje sławny dom Isbera Samary, który jego dziad budował jako schronienie dla wielu pokoleń. Na dachu dostrzega ślad po uderzeniu pocisku, który znacznie uszkodził jego powierzchnię i pozostawił wielką wyrwę. Spojrzenie na zrujnowany dom przodków wywołuje u pisarza uczucie ogromnej nostalgii za czasami, kiedy dom ten tętnił życiem i działo się tam to, co stało się jego dziedzictwem. I właśnie w tym momencie w głowie Shadida rodzi się plan, żeby odbudować dawną siedzibę rodu; pragnienie to opanowuje go bez reszty.
To, co zaczęło się jako podróż sentymentalna, staje się jednym z ważniejszych, jeśli nie najważniejszym projektem życiowym pisarza. Shadid wraca nie tyle do własnych wspomnień, ale szerzej do wspomnień swojego bajt – w języku arabskim słowo znaczy to nie tylko dom, budynek mieszkalny, ale szerzej także rodzinę, ród, z którego człowiek się wywodzi. Opowieść rozwija się równolegle w dwóch planach – w jednym śledzimy zmagania pisarza z opieszałością libańskich robotników i powoli postępującą renowację domu Isbera Samary, na drugim planie rozgrywają się burzliwe dzieje rodu jego matki, których los rzuca za ocean, do dalekiej Ameryki. Rodzinna saga przeplata się z opowieścią o współczesnym Libanie. Na korzyść książki przemawia to, że nie ma tu za wiele polityki, ot tyle żeby zrozumieć historyczny kontekst, ale nacisk położony jest na kulturowe i obyczajowe przemiany, jakim te ziemie zostały poddane w ostatnich dekadach.
Anthony Shadid
Kamienny dom. O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma
Wydawnictwo Czarne
2014
sobota, 8 listopada 2014
aROMAt wiecznego miasta...
Pojechać do Rzymu na cztery dni to jak założyć za ciasne buty. Chodzenie w ciągłym dyskomforcie, że za mało tego czasu, za mało, że za dużo do zobaczenia, za dużo. Zwłaszcza, kiedy podróż odbywa się w celu nie do końca krajoznawczym i przez większość czasu biega się ze wzrokiem wlepionym w chodnik, czasem tylko prześlizgującym się po tabliczkach z nazwami ulic. W kilka dni nie można poznać miasta, ba!, nawet ogarnąć spojrzeniem w całości, można jedynie poczuć subtelny jego aromat, raz czy dwa odetchnąć pełną piersią rzymskim powietrzem (zaciągać się w rzeczywistości nie polecam, można się miejscami niemiło rozczarować...).
Zacznijmy od kolorów i tego, dlaczego do Rzymu warto pojechać jesienią. Pierwszą rzeczą, która robi wrażenie po przekroczeniu granic miasta, jest właśnie układ barw, niespotykany u nas, typowy dla miast południowych. Zgaszone brązy, beże, szeroka paleta żółcieni; krzykliwych kolorów raczej się nie uświadczy, dominuje odczucie ciągłości i spójności w przestrzeni, miasto rozwija się i rozrasta w sposób płynny, jednakowo ogrzewane łagodnym słońcem. Na tym tle jedynym wybijającym się akcentem jest zieleń - bujnie kapiąca z balkonów i balustrad, obecna w licznych parkach i na skwerach, odporna na zimno i tylko gdzieniegdzie ozłocona jesienną szatą. Poza tym ciepło, nam jest ciepło. Dla Włochów temperatura w granicach 17-18 stopni to już przedsmak zimy, chodzą w ciężkich kurtkach, szalikach, podczas gdy my pławimy się w przyjemnym, południowym słońcu.
Ulice Rzymu to temat rzeka, wyzwanie dla najlepszych kartografów jak i tych, którzy mapami biegle się posługują. Niezbadana jest logika układu rzymskich ulic (albo raczej jej brak), a drogi potrafią tam krzyżować się pod każdym możliwym kątem. I ta ich mnogość! Masa wąziutkich przesmyków, które w każdym normalnym mieście nawet nie aspirowałyby do miana ulicy, tu ściele się gęsto i czyni z planu miasta niemal nieprzepuszczalną sieć. Problemy występują też na linii mapa-teren, bo często to, co wyrysowane tak pięknie na poglądowej mapce porwanej w hotelowym holu, nijak się ma do rzeczywistego rozkładu przestrzeni. Dlatego, chcąc trafić na miejsce, trzeba niestety koniec nosa mieć zanurzony w planie miasta. Stąd też najprzyjemniej jest w Rzymie flaneurom, tym, co to mogą się spokojnie przelewać z nogi na nogę, nie spieszyć nigdzie i nie martwić, że nie trafią na czas.
Żelazny punkt wizyty to oczywiście Watykan, "państwo w państwie". Aż dziw bierze, że to jest ta sławetna stolica apostolska, centrum chrześcijańskiego świata. Z bliska wygląda raczej jak eksponat w parku miniatur, małe ozdobne pudełeczko wykute z kamienia.
Jak przystało na odwiedziny w takim miejscu nie odbyło się bez pokazu tajemniczych znaków. Nad placem świętego Piotra zebrały się ciemne chmury, a drobny deszczyk urozmaicił nam czas oczekiwania w kolejce do kontroli bezpieczeństwa.
Zdecydowana większość moich rzymskich ekskursji odbywała się porze nocnej. Rzym po zmroku nie ma w sobie nic z grozy, czy tajemnicy. Jest jak ogromna, rozświetlona sala balowa, w której zabawa nigdy nie ustaje.
Na Campo di Fiori, gdzie spogląda na nas posępnie zakapturzona postać Giordana Bruna, trwa w najlepsze wieczorna fiesta, pełna gwaru, świateł i smakowitych zapachów. Tam też przekonuję się po raz pierwszy o serdeczności Włochów. Kiedy właściciel poniższego pojazdu-potworka orientuje się, że przyglądam mu się z żywym zainteresowaniem, natychmiast podchodzi do swego wozu i szarmanckim gestem uchyla mi drzwiczki, bym mogła zajrzeć do środka, rozsiąść się i dać się sfotografować. Poniższy model - jak łatwo się domyślić - wyprodukowała włoska marka Piaggio, która ma na swoim koncie wiele takich samochodowych hybryd.
Zdarzają się też momenty całkiem magiczne, jak ten. Nocny widok na Forum Romanum.
Nie można zapomnieć oczywiście o włoskiej kuchni, która w samym Rzymie jednak najeżona jest wieloma pułapkami. Restauracji jest oczywiście cała masa, można przebierać jak w ulęgałkach, znajdzie się coś na każdy portfel. Kłopot w tym, że pierwsza euforia wywołana faktem, że w końcu można posmakować "prawdziwej włoskiej kuchni" szybko ustępuje miejsca rozczarowaniu, że ta najbardziej chyba w świecie rozpowszechniona gastronomia właściwie niczym nie zaskakuje i w samej swej stolicy nie potrafi zaserwować nic oryginalnego. Oczywiście, są składniki, tam na miejscu najwyższej jakości: pomidory, makarony, prosciutto, włoskie wina, jednak połączenia smaków i serwowane dania niewiele różnią się od menu co lepszej trattorii w rodzimym kraju. Pewnie to kwestia nieznajomości miejsc, w których jadają rzymianie, i stołowanie się wyłącznie w lokalach skierowanych głównie do turystów, ale po kilku posiłkach znudziły już się carbonary, lasagne bolognese, pizze margharity, eskalopki czy mediolańskie cottolety i właściwie można by poprzestać na antipasti (zawsze cudowne), chlebie, wodzie i czerwonym winie.
Dopiero po opuszczeniu granic miasta udało mi się przeżyć prawdziwą włoską kulinarną ucztę. W prowincjonalnym miasteczku, niepozorna knajpka nad pasażem handlowym. Przestronna i całkowicie pusta. Dodatkowo posępne wrażenie robiły miarowe uderzenia deszczu o dach - takich ulew Włochy dawno nie widziały - i wiadro ustawione na środku sali restauracyjnej jako ratunek przed przeciekającym dachem. Ale karta - znakomita! Dość powiedzieć, że nic z niej nie rozumiałam, nawet nie potrafiłam skojarzyć z włoskimi daniami rozpoznawanymi poza granicami Italii. Zamówiłam risotto. I w końcu było jak trzeba. Kremowe, maślane, z aromatem białego wina i ziarnami zachowującymi swą strukturę. Z wyrazistymi w smaku dodatkami w tym przede wszystkim słodkawą pastą z pieczonej dyni. Poezja! Także ceny nijak się miały do rzymskich, wniosek jest taki: jak mieszkać, to w Rzymie, a stołować się tylko na prowincji.
I na koniec THE BEST OF ROME - dwa największe zaskoczenia i zachwyty:
Numer 1: w przypadkowym kościele nieprzypadkowy obraz - Caravaggio "Powołanie św. Mateusza"
Numer 2: Panteon. Inżynieryjnego geniuszu i maestrii wykonania nie da się uchwycić z zewnątrz, a jedynie patrząc w sam środek monumentalnej kopuły.
wtorek, 21 października 2014
Piotr Tomza, "Afryka Nowaka"
Kazimierz Nowak
"Afryka Nowaka" Piotra Tomzy to nie tylko próba opisania bezprecedensowej wyprawy śladami polskiego podróżnika, to przede wszystkim świadectwo fascynacji postacią i dziełem Kazimierza Nowaka. Fascynacji, która okazała się zaraźliwa.
O Kazimierzu Nowaku zrobiło się głośno kilka lat temu, kiedy to nakładem wydawnictwa Sorus ukazał się zbiór jego korespondencji z Afryki. „Rowerem i pieszo przez czarny ląd” zawiera listy pisane przez Nowaka w latach 1931-1936, które ukazywały się na bieżąco w międzywojennej prasie. Książkę rekomendował sam Ryszard Kapuściński, co wystarczyło, by Nowak z nieznanego nikomu podróżnika stał się ikoną polskich globtroterów. A stąd już niedaleko do zamiaru, by jego wyczyn powtórzyć i, tak jak on, przemierzyć Afrykę z północy na południe i z powrotem.
Piotr Tomza podjął się nie lada zadania – opisał trwającą 813 dni ekspedycję, w której uczestniczyło ponad sto osób. Sam autor wziął udział w jednym z etapów afrykańskiej sztafety, ale organizacyjnie wspierał wyprawę przez cały czas jej trwania. Bazą dla książki są rozmowy z uczestnikami wyprawy i relacje publikowane na bieżąco w internecie. Tomza z rzetelnością godną kronikarza stara się przedstawiać koleje losów „Afryki Nowaka” i dyplomatycznie wyważyć sądy. We wstępie zarzeka się, że książka może się nie spodobać wielu uczestnikom wyprawy, że pewne kwestie świadomie pominął. Jego wersja jest więc tylko jedną z wielu możliwych. „Powstają dwie, a nawet trzy wersje relacji. Ale nie dlatego, że się pokłóciliśmy i poobracaliśmy, tylko chcemy pokazać możliwie najbardziej obiektywny obraz. Każdy z nas widzi Afrykę inaczej”.
Całość recenzji "Afryki Nowaka" Piotra Tomzy na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/zlapac-bakcyla/
Afryka Nowaka
Piotr Tomza
W.A.B.
2014
niedziela, 12 października 2014
Kraina cudów. Andrzej Stasiuk "Wschód"
Na wschód, czyli dokąd? W swojej najnowszej książce Andrzej Stasiuk rozprawia się z osobistymi mitami i… geografią.
Ten rok należy do Andrzeja Stasiuka. Nie tak dawno fani autora cieszyli się z wydania zbioru esejów, pod zbiorczym tytułem „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”, w którym znalazły się wybrane teksty publikowane wcześniej m.in. w „Tygodniku Powszechnym” i zagranicznej prasie. A już jesień mogliśmy powitać z nową książką pisarza. „Wschód” jest rozwinięciem i dopełnieniem poprzedniej książki Stasiuka, a wiele wątków tam sygnalizowanych tu znajduje swoje ukoronowanie.
Tytułowy Wschód w książce Stasiuka funkcjonuje dwojako – jako miejsce i jako metafora. Sens geograficzny i symboliczny pojęcia „wschodu” wchodzą ze sobą w dialog, przeplatają się nawzajem. Wschód to i Rosja, i Mongolia i nie tak daleki Lublin – miarą tego, co wschodnie, nie jest odległość geograficzna, ale specyfika miejsca zakorzeniona w mentalności ludzi.
Wschód widziany oczami Stasiuka jest miejscem, gdzie wydarzają się rzeczy wyjątkowe. Nieprzewidywalnym, w swoim nieokiełznaniu, odmiennym od zachodniego świata schludnych domków i białych kołnierzyków. Bardziej zmysłowym i organicznym, „krainą cudów”.„Wchodzisz o świcie do małego miasteczka i goszczą cię tak, jak powinno się gościć wędrowca. Jedzenie, przychylność i sen” . W Nowym Jorku był i raczej nie chce tam wracać, na wschód ciągnie go nieustannie. I to na ten wschód najbardziej „wschodni”, nieuporządkowany, brzydki, trwający w inercji pomimo upływu lat. Na jaw wychodzi upodobanie pisarza przedmiotów symbolizujących czasy minione, nierzadko będących już w stanie rozkładu. Tym pozornie brzydkim rzeczom Stasiuk funduje drugie życie, opisując je tak jakby były precjozami z wystawy jubilerskiego sklepu. A obrazki z pegeerowskich sklepików są jak z Schulza wzięte.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








