poniedziałek, 23 września 2013

Colin Thubron, "Cień Jedwabnego Szlaku"

 

Na Jedwabny Szlak Colin Thubron wstąpił z fascynacji Azją Środkową i zamiłowania do staroświeckich sposobów podróżowania – tak może brzmieć racjonalne wytłumaczenie. A jak było naprawdę? Cóż, sam autor przyznaje, że czasem chęć podróży „rodzi się z nadziei i instynktu, z pewności, która uderza do głowy, kiedy wodzisz palcem po mapie”. Tym razem instynkt zawiódł go z Xi’an w Chinach do tureckiej Antiochii – w 8 miesięcy Thubron przemierzył ponad 11 tysięcy kilometrów na jednej z najstarszych handlowych tras na świecie. To brzmi imponująco, ale autor „Po Syberii” nie należy do tych brawurowych globtroterów, którym w głowie tylko bicie rekordów, byle dalej, więcej, szybciej… Bardziej pasuje do niego figura strażnika przeszłości, który swoją podróżą chce oddać hołd pokoleniom podróżników i cywilizacjom, które żyły w cieniu Jedwabnego Szlaku.

Całość recenzji "Cienia Jedwabnego Szlaku" Colina Thubrona na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/nasycenie-podroza/ 



Cień Jedwabnego Szlaku
Colin  Thubron
Wydawnictwo Czarne
2013

poniedziałek, 9 września 2013

Ryszard Kapuściński, "To nie jest zawód dla cyników"

Każda ukazująca się na rynku publikacja opatrzona nazwiskiem Ryszarda Kapuścińskiego siłą rzeczy musi budzić emocje i oczekiwania. Nic w tym dziwnego, Kapuściński – nestor polskiego reportażu, jeden z najczęściej tłumaczonych na języki obce polskich autorów, ma swoją wierną publiczność i pewnie rzesze kontynuatorów, którzy liczą może po cichu, że w pozostawionych po pisarzu dokumentach kryje się jeszcze jeden „Heban” czy „Cesarz”, nagle cudownie odkryty. 


Książka „To nie jest zawód dla cyników” być może nie jest rewelacją tego rzędu, zdecydowanie jednak warta jest uwagi, nawet jeśli autorstwo Kapuścińskiego należało by wziąć w lekki nawias. Książka składa się bowiem z dwóch publikacji, w których powstanie Kapuściński był zaangażowany, a które ukazały się wcześniej za granicą. „Pięć zmysłów dziennikarza” to zapis wykładów, które Kapuściński wygłosił w roku 2002 w Buenos Aires przed studentami z krajów latynoamerykańskich; zaś „Rozmowy o dobrym dziennikarstwie” to cykl wywiadów z pisarzem przeprowadzonych przez Marię Nadotti. Zarówno treść wykładów jak i rozmowy oscylują wokół problemów współczesnego dziennikarstwa, a także – szerzej – wokół specyfiki świata, w jakim zawód ten przychodzi dzisiaj wykonywać.

Adepci dziennikarstwa, którzy sięgną po książkę Kapuścińskiego, mogą odnieść wrażenie, że autor raczej zniechęca ich do wykonywania tego zawodu, niż utwierdza ich w słuszności dokonanego wyboru. Kapuściński ostrzega bowiem: dziennikarstwo to zawód, na którym właściwie nie można się wzbogacić, do jakiejkolwiek pozycji, o sławie nie wspominając, dochodzi się długo i powoli, mniej wytrwała większość odpada gdzieś po drodze. Na domiar złego to zawód wysokiego ryzyka – żyje się szybko (i intensywnie), umiera (często) młodo. Nie ułatwia sprawy także kondycja współczesnych mediów – koncernami medialnymi, które skupiają większość środków przekazu, zarządzają nierzadko osoby, które z dziennikarstwem nie mają nic wspólnego, znają się za to dobrze na liczbach i oczekują wyników, które dać może tylko szybka, atrakcyjna i na ogół powierzchowna informacja. Stąd dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia zastępują dziś „media workers”, pracujący kolektywnie i anonimowo, pozbawieni możliwości odciśnięcia autorskiego piętna na treści artykułów. Krótko mówiąc, może lepiej jednak zmienić zawód.

Zachęcić, zniechęcając, to zabieg godny mistrza, którym Kapuściński jest bez wątpienia. Wie on dobrze, że tych najbardziej wytrwałych wizja trudności paradoksalnie jeszcze bardziej ośmieli i wzmocni ich determinację. Z tymi dzieli się tajnikami prawdziwego dziennikarstwa, jednego – jego zdaniem – które warte jest uprawiania. Swoją wizję zawodu zakorzenia autor w ideach New Journalism, pod którymi podpisują się takie nazwiska, jak Truman Capote czy Norman Mailer. Od siebie dodaje jeszcze etos – jego dziennikarstwo jest „silnie umotywowane”, wymaga osobistego doświadczenia i empatii wobec Innego (który jest podstawowym źródłem informacji), odporności na ryzyko i kierowania się zasadami etyki. W kwestiach warsztatowych Kapuściński radzi swoim uczniom, by nieustannie się dokształcali (słynna zasada: „na 1 stronę napisaną 100 przeczytanych”).

Książka „To nie jest zawód dla cyników” pozwala nam zaobserwować niecodzienną przemianę. Z błyskotliwego reportera, który słowem potrafił odmalować mieniące się różnorodnością światy, Kapuściński zmienia się w surowego i wymagającego nauczyciela, który jednoznacznie przedstawia własny punkt widzenia na wykonywany przez siebie zawód. Ale nie tylko przyszłym dziennikarzom należy ją polecić. To dobra lektura dla wszystkich, którzy chcą lepiej zrozumieć współczesny świat i procesy, jakie doprowadziły do jego obecnego kształtu. Diagnozom Kapuścińskiego, który obserwował je przez lata, z pewnością można zaufać.


To nie jest zawód dla cyników
Ryszard Kapuściński
AGORA i Dom wydawniczy PWN
2013

niedziela, 30 grudnia 2012

Seweryn Udziela, "Krakowiacy"

Blisko 90 lat po pierwszym wydaniu, nakładem wydawnictwa Bona ukazało się wznowienie dzieła Seweryna Udzieli Krakowiacy. Drobiazgowy zapis codzienności mieszkańców podkrakowskich wsi nie stracił wcale na aktualności, w tym znaczeniu, że jest wdzięczną pamiątką po świecie, którego już nie ma.

Seweryn Udziela, krakowski etnograf, już za życia krytykowany był przez kolegów-badaczy, zostawił jednak dzieło trwalsze niż ich uczone traktaty – Muzeum Etnograficzne w Krakowie, które dziś nosi jego imię. Zarzucano mu, że nie jest do końca „naukowy”, że nie prowadzi badań w terenie, a skupia się jedynie na opisie interesujących go zjawisk. Po latach antropologia kulturowa dowartościuje obserwację jako technikę badawczą, zajmie się też analizą tekstów kultury. To wszystko już w latach 20. XX wieku pociągało Udzielę, a najlepszym wyrazem jego badawczej postawy są właśnie Krakowiacy.

Krakowiacy to – w przeciwieństwie do Krakowian – mieszkańcy wiosek rozsianych gęsto wokół grodu Kraka. Udziela przygląda im się bardzo uważnie, wręcz całościowo. Jego traktat porusza tak zróżnicowane kwestie jak wygląd zewnętrzny, sposób ubierania się, cechy charakteru, zatrudnienie i zajęcia w czasie wolnym, charakterystyczne dla Krakowiaków. Czytając dziś dzieło Udzieli, nie sposób uwolnić się od porównań ze współczesnością – dla przykładu strój noszony przez lud krakowski składa się z tylu elementów, że dzisiejszemu człowiekowi byłoby trudno nawet je wszystkie wymienić, o zakładaniu nie wspominając.

Udziela przedstawia życie Krakowiaków wpisane w dwa cykle – cykl świąt liturgicznych, który jest jednocześnie cyklem przemian przyrody, i cykl życia ludzkiego – od narodzin do śmierci. Patrząc na życie krakowskiego ludu z obu tych perspektyw, Udziela szczegółowo przedstawia momenty przejścia pomiędzy etapami, radzenia sobie społeczności z momentami trudnymi i przeżywanie radości. Ta właśnie część książki, poświęcona obyczajom i rytuałom Krakowiaków, wydaje się dzisiaj najciekawsza. I my bowiem do pewnego stopnia kultywujemy dziś podobne zwyczaje, nierzadko jednak w znacznie okrojonej formie, czasem okrojonej z tego, co najważniejsze – ich pierwotnego sensu.

Przenikliwe oko Udzieli potrafi nie tylko dostrzec powierzchowne formy rytualne, autor schodzi również głębiej, zauważa ich elementarną niespójność – pisze on bowiem nie tylko o oficjalnych zwyczajach, wywodzących się z religii katolickiej, ale też o reliktach kultów pogańskich, które przetrwały pomimo chrystianizacji. Poznajemy więc dzięki Udzieli galerię postaci, które zamieszkiwały zbiorową wyobraźnię Krakowiaków – wśród nich miesiączka, skarbniki, topielca, strzygoń oraz rozmaite sposoby unikania ich zgubnego wpływu. O tym autor wyraża się w tonie moralizatorskim. Kocha lud krakowski miłością złożoną – z jednej strony jest pełen tkliwości wobec przeżywania przez nich codzienności, z drugiej strony wychodzi z niego społecznik, który grzmi na lenistwo, rozrzutność i pijaństwo chłopów.

Po dzieło Udzieli warto dziś sięgnąć także z innych względów. Książka jest wydana z dbałością o szczegóły – ma oryginalne czcionki z „epoki”, zawiera też dokumentację fotograficzną codzienności Krakowiaków. A na długie zimowe wieczory z pewnością można polecić kilka ludowych opowieści, które Udziela przytacza w niezmienionej formie.


Krakowiacy
Seweryn Udziela
Wydawnictwo Muzeum Etnograficznego w Krakowie
2012

środa, 15 sierpnia 2012

epilog cz. 3

zestawienie Bruce’a Chatwina i Juana Rulfo może wydawać się na pierwszy rzut oka wyborem dość egzotycznym. Chatwin, angielski pisarz znany głównie za sprawą swoich reportaży i powieści podróżniczych o zabarwieniu antropologicznym, takich jak „Songlines” czy „In Patagonia” zdaje się reprezentować zupełnie inny typ myślenia niż meksykański pionier realizmu magicznego – Juan Rulfo. podobieństw jednak pomiędzy omawianymi wcześniej książkami jest sporo, są to podobieństwa na poziomie tematycznym – dostrzec można podobne wątki fabularne podejmowane przez obu autorów – sięgają one jednak dalej, do głębszych partii tekstu, do sposobów obrazowania i budowania świata, w którym dzieje się akcja.

punktem węzłowym pomiędzy książkami Rulfo i Chatwina są literackie poczynania innego wielkiego autora z kręgu literatury iberoamerykańskiej – Gabriela Garcii Marqueza i nurtu, który – słusznie bądź niesłusznie – najsilniej utożsamia się z jego właśnie nazwiskiem: realizmu magicznego. gdyby chcieć narysować linię obrazującą przepływ wzajemnych inspiracji pomiędzy pisarzami to jej punktem początkowym byłby Rulfo – to on jako pierwszy wprowadził do literatury taki sposób kreowania rzeczywistości, w którym elementy rzeczywiste przeplatają się z fantastycznymi. spuścizna literacka Rulfo jest skromnej objętości, ale wystarczyła, by zainspirować wielu, między innymi Marqueza – tego, który jego intuicje rozwinął i doprowadził do perfekcji. z kolei u Chatwina także można dostrzeć jakieś dalekie echa prozy w stylu marquezowskim, o inspiracji może nie można mówić wprost, ale wielu krytyków przyznaje, że jest tu dostrzegalne jakieś podskórne podobieństwo.
        Fot. Juan Rulfo

jak zatem owa łączność z nurtem realizmu magicznego przejawia się w obu powieściach? przede wszystkim ważna jest sceneria, w której rozgrywa się akcja. u Rulfo jest ona zdecydowanie bardziej „magiczna” – opuszczona wioska, z której wraz z mieszkańcami uszło całe życie, olbrzymie połacie wolnej, nieograniczonej przestrzeni, krajobrazy głównie nocne, domostwa podlegające powolnemu rozkładowi. Chatwin z drugiej strony to po pierwsze trochę inny geograficznie rejon, bo nie południowa czy środkowa Ameryka, ale wybrzeża Afryki, po drugie zaś akcja „Wicekróla Ouidah” jest bardziej rozciągnięta w czasie – patrząc na losy głównego bohatera możemy mówić o etapie dochodzenia do potęgi, po którym następuje etap upadku. ten etap upadku właśnie, trwający dalej po śmierci dom Francisca, rozgrywa się w scenerii niemalże modelowej dla literatury kręgu iberoamerykańskiego. Chatwin dochodzi do mistrzostwa w obrazowaniu ulegających rozkładowi przedmiotów, resztek dawnego splendoru osuwających się w niebyt. świetnie wkomponowuje w te warunki wątki – spotkanie potomków wielkiego protoplasty w jego dawnej posiadłości – i umiejętnie dobiera postaci, jak Mama Wewe – wiekowa matrona, ostatnia z córek dom Francisca, której powolne umieranie jest zsynchronizowane z umieraniem otaczających ją przedmiotów.

ten obraz przywołuje kolejną ważną analogię pomiędzy książkami Rulfo i Chatwina – to jak postrzegana jest w nich śmierć i jej miejsce z ludzkiej codzienności. zaskakuje to zwłaszcza u Chatwina, w końcu jest on potomkiem zachodniej kultury, w której śmierć jest tabu, w której podejmuje się wysiłki, aby wyrugować ją z ludzkiej egzystencji, mówi się o niej mało, doświadcza po cichu. w „Wicekrólu Ouidah” natomiast śmierć jest na widoku, dokonuje się na oczach wszystkich. najmłodsi z rodu da Silvów chciwie zaglądają przez okna do pokoju Eugenii, jej umieranie jest widowiskiem, czymś fascynującym i budzącym lęk jednocześnie. Juan Rulfo ideę koegzystencji życia i śmierci pociągnął jeszcze dalej, rzec można – do ostateczności. tak naprawdę nie ma u niego granicy pomiędzy żywymi i umarłymi, umarli śpią, jedzą, rozmawiają – wystarczy jednak tylko jeden moment, aby rozpłynęli się we mgle. wydawać by się mogło, że jest tylko jedna postać w całej książce, o której nie można wątpić, że jest żywa – Juan Preciado, przybysz do Comali, ale i to – jak wszystko u Rulfo – nie jest wcale takie pewne.

wątek życia, śmierci i życia po śmierci prowadzi do jeszcze jednej ciekawej analogii pomiędzy opisywanymi książkami: przedstawienia kultu wielkiej postaci, wielkiej indywidualności, często trwającego jeszcze na długo po jego śmierci. u Chatwina jest to wyrażone wprost, w głównym dla powieści wątku fabularnym. ten kult przodka faktycznie istnieje, ma swój stały rytuał odtwarzany co roku, swoje święte miejsca, symbole, a nawet kapłana, który czuwa nad prawidłowym odtwarzaniem rytuału. poza tymi zewnętrznymi syndromami, kult ten ma także swój bardziej wewnętrzny wymiar – jest nim poczucie wspólnoty wszystkich potomków dom Francisca – ponad podziałami – oraz organizująca ich tożsamość łączność z dziedzictwem wielkiego przodka, także tym niematerialnym. „Pedro Páramo” nie przedstawia tej sprawy w tak oczywisty sposób, tutaj dziedzictwo ojca jest dopiero odkrywane, opowiadają o nim cienie umarłych, którzy go znali, dla których losów miał on decydujące znaczenie. z ich opowieści tworzy się saga o wielkim marzycielu.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

krok dalej. cz. 2

„Tak – powtórzyła Damiana Cisneros – wszędzie tu błądzą echa. Ja się już przestałam bać. Słyszę wycie psów i nie uciszam ich. Pozwalam im wyć, bo wiem, że tu nie ma ani jednego psa. A w chłodniejsze dni wiatr niesie tumany liści z drzew, chociaż tutaj, jak widzisz, drzewa nie rosną. Były kiedyś, bo inaczej skąd by się wzięły te liście”.
(Juan Rulfo, „Pedro Páramo”).

trudno o bardziej bezpośrednie wyrażenie tej przewrotnej, choć bardzo prostej logiki, która rządzi powieścią „Pedro Páramo” Juana Rulfo. coś było, więc istnieć nie przestaje, coś raz zaistniało i nie przestaje rodzić owoców. w świecie Rulfo nic nie ginie do końca, wszystko zostawia po sobie jakiś ślad. obowiązują odwieczne prawa natury i gatunku, z wyjątkiem tego jednego – prawa destrukcji i rozkładu. i jeśli trwa drzewo, o którego woli życia trudno domniemywać, to tym bardziej trwają ludzkie radości, dramaty i wielkie marzenia. ich byt ma naturalnie już inny charakter, żyją w sferze cieni, ale tak jak wyją psy, tak one opowiadają żywym swoje historie, jeśli tylko żywi chcą ich jeszcze słuchać.

taka sposobność przytrafia się Juanowi Preciado. w poszukiwaniu ojca, którego nie znał, a którego szukać kazała mu matka na łożu śmierci, trafia do wioski Comala. na pustkowiu bez świateł, zapalają się pojedyncze lampy. ktoś zaprasza go do siebie, to prawdziwe święto w wiosce umarłych. w ten sposób Juan poznaje zawiłe losy Pedra Páramo, dalekiego ojca. staje się dziedzicem jego wielkiego marzenia, staje się jednym z cieni błądzących wokół Comali.
                                Fot. Juan Rulfo


wielkie marzenie Francisco Manoela da Silvy – bohatera powieści Bruce’a Chatwina „Wicekról Ouidah” - także zostawiło po sobie ślad i to ślad, którego ogrom trudno by było zmierzyć. policzyć można tylko to, co wymierne: ile pokoi jest w pałacu Simbodji – wielkiej, afrykańskiej posiadłości budowanej na wzór willi w Saõ Salvador de Bahia, ilu potomków po sobie zostawił w ilu krajach, ilu wiosen dożyje ostatnia z jego córek, Eugenia, zrodzona z jedynej kobiety, którą kochał i do którego pokolenia będzie trwała pamięć po nim.

tę wielką liczbę należałoby zrównoważyć rachunkiem strat: ile milionów stracił przy zmianie waluty Dahomeju, jaką część posiadłości strawił pożar, ile z jego córek zostało zmuszonych do nierządu, ilu z jego potomków nie znało już słowa po portugalsku.

„Szafa Dom Francisca, nierozlatująca się wyłącznie dzięki farbie, dotrwała do 1957 roku, kiedy rozpadła się, ukazując fiszbinowe gorsety oraz strzępy czarnej tafty, które pofrunęły w górę jak płatki kalki biurowej.
Pająki zamieniły klatkę papugi w szary namiot. Obrazy się łuszczyły, a z dwunastu apostołów zostały trędowate kikuty”.
(Bruce Chatwin, „Wicekról Ouidah”)
różowe ściany Simbodji, błękitna jadalnia, kanapy z palisandru, szwajcarskie pozytywki, łoże z Goi, a nawet zastępy dziewic w łożu tym lądujące, wszystko to, co dla niektórych byłoby jak ogród Edenu, dla Francisca było wyłącznie nagrodą pocieszenia. wiele dałby, aby swój „duży dom”, przenieść na drugi brzeg Atlantyku i wkomponować go w łagodne wzgórza Bahii. dlatego też przed upadkiem nie bronił się tak gwałtownie jak niegdyś zabiegał o własną potęgę. zaakceptował naturalne prawa rozkładu, które kontynuowały egzekwowanie swoich wyroków już pod jego śmierci.

niedziela, 12 sierpnia 2012

droga donikąd. cz. 1

„To jedyna droga. Iść za marzeniem i wciąż iść za marzeniem – i takewig – usque ad finem…” (Joseph Conrad).

dokąd prowadzić może marzenie? marzenie tak wielkie jak tryumf kapiący złotem i tak małe jak samotność we dwoje? marzenie, które budzi co rano i nie daje spać w nocy. usypiające rozum, budzące demony?

„Pedro Páramo” Juana Rulfo to opowieść o bogatym posiadaczu ziemskim, dziedzicu rodu Páramo. jego ziemie rozciągają się aż po linię horyzontu, a wszystkie posunięcia mają wpływ na mieszkańców okolicznej wioski – Comala. kiedy Pedro chce, to ma – taka panuje niepisana zasada. kiedy chce zemsty za zabójstwo ojca, który zginął na uczcie weselnej (prawdopodobnie przypadkiem), własnymi rękami zabija wszystkich weselników. kiedy chce wykupić się z długów, żeni się z córką wierzyciela, biedną Doloritas, której jednak wojskowy dryl Pedra długo przy nim nie utrzyma. w końcu kiedy cierpi z powodu straty, postanawia zemścić się na miasteczku. „Siądę z założonymi rękami i Comala umrze z głodu”. i tak też się dzieje.

nie na wszystko ma jednak wpływ ten lokalny despota, najmniej zaś na tych, których kocha: syna Miguela – najpierw traci z nim więź, potem traci go ostatecznie - i Susanę – kobietę, o którą zabiega latami, a kiedy już ją zdobywa, ona jest u kresu sił. marzenie, żeby dożyć swoich dni u boku ukochanej, rozpływa się jak cień.
                  Fot. Juan Rulfo

Francisco Manoel da Silva wiesza na ścianie swojego pokoju w Ouidah, miasta u wybrzeży Dahomeju (dziś Benin), wizerunek brazylijskiego Saõ Salvador de Bahia – swojej ojczyzny, za którą tęskni w afrykańskiej dziczy. po chwili jednak ściąga obraz – ciągłe spoglądanie na miasto, do którego nie może powrócić, sprawia mu jednak zbyt wielki ból.

Francisco da Silva, a raczej dom Francisco, jak nazywają go towarzysze życia i jego potomni, to bohater powieści Bruce’a Chatwina „Wicekról Ouidah”. wychowany w ubóstwie, od dzieciństwa śni o potędze. odwaga w połączeniu z odrobiną szczęścia, sprawiają, że ląduje w Dahomeju, u wybrzeży Afryki – miejscu, które jego rodaków napawało strachem. wysłany tam dla opanowania handlu niewolnikami, sumiennie spełnia swoją rolę, pilnując jednak tego, co jemu się należy. przymierze krwi z młodym księciem Dahomeju i udzielona mu pomoc w zdetronizowaniu szalonego króla-ojca dają mu monopol i pełną swobodę handlu. zdobywa bogactwa, o jakich mu się nie śniło, otacza się zbytkiem na wzór bogaczy z Bahii. ciągle o niej myśli, marzy mu się tryumfalny powrót. sytuacja jednak jest ku temu niesprzyjająca. dotychczasowi sprzymierzeńcy odwracają się od niego. to moment, w którym Europa i cały Zachód odżegnują się od handlu niewolnikami, zaczynają postrzegać go jako moralnie obciążający. a wraz z nim na indeksie ląduje dom Francisco. pozostaje mu więc trwać na nie-swojej ziemi i patrzeć, jak dzieło jego życia chyli się ku upadkowi.

tym, co łączy Pedra Páramo i dom Francisca, jest niewątpliwie nie dający się uśpić niepokój wewnętrzny, głos, który nakazuje im działać. nie zadowala ich poczucie bezpieczeństwa, to strawa dla zwykłych śmiertelników. Francisco śpi pod gwiazdami, w ten sposób szuka równowagi – to w czasach, kiedy żeni się po raz pierwszy i po raz pierwszy ma prawdziwy dom. nie zadowala go to jednak, szybko go porzuca. w pogoni za swoim marzeniem przemierza kraje i kontynenty. inaczej Pedro, ten z pozoru nie wypuszcza się poza rodzinną Comalę, tak naprawdę jednak jest bardzo daleko – tam, gdzie jego marzenie, gdzie ojciec ukrył ukochaną Susanę. obaj pozostaną marzeniu wierni do końca, zaprowadzi ich donikąd.

poniedziałek, 3 października 2011

Tuba szkiełek. Stambuł

 
Może mieliście w dzieciństwie taki przyrząd-zabawkę, kalejdoskop się nazywał. Jedno potrząśnięcie tubą i kolorowe szkiełka układały się w symetryczną figurę. Kolejne - i już inna konfiguracja (mój egzemplarz był wadliwy, jedno szkiełko walało się luzem i czasem przesłaniało widok). Stambuł był dla mnie taką tubą z kolorowymi szkiełkami - byłam tam zaledwie moment, widziałam tylko kilka obrazków, kilka układów z udziałem zaledwie garstki elementów. Potrząsnę nią teraz trochę, potrząsnę pamięcią i postaram się je odmalować.

Dotknięcie stambulskiej ziemi - zalew malutkich drobniutkich szkiełek przyciągających uwagę (i przy okazji robiących dużo hałasu). Pierwsza figura to sznur samochodów, jeden za drugim, miasto słynie z korków, a mosty łączące część europejską i azjatycką muszą co dzień przeprowadzić miliony ludzi na drugi brzeg. Kolejna figura, w którą ułożył się szkiełka kalejdoskopu: wieża, jednak nie wieża Babel czy taka szlachetna z kości słoniowej, wieża z kartonu lub innych prymitywnych materiałów budowlanych. Tak podobno rozbudowywało się miasto: przybywała rodzina, budowała tymczasową siedzibę na wolnej przestrzeni, ta się stabilizowała, dojeżdżali więc krewni z prowincji i nadbudowywali kolejne piętro. I tak dalej.Trzask w tubę, teraz ułożyła nam się w kształt szkatułki. To struktura Pałacu Topkapi, pochodzącego z czasu Imperium Ottomanów. Wielkie pudełko, a w nim mniejsze i mniejsze, jak rosyjskie matrioszki. Bramę główną mógł przekroczyć każdy, za następną wpuszczano tylko niektórych, zaś do serca pałacu mogli dostać się tylko wybrani.

Kolorowe szkiełka zaczynają tańczyć i szaleć dopiero na Wielkim Bazarze. Wzrok tam popada w obłęd. Tureckie wielobarwne tkaniny, przyprawy w wyrazistych kolorach, nakrapiana porcelana, a przede wszystkim tony, tony biżuterii, skrzącej się na wszystkie strony, ciut zbyt strojnej dla europejskiego umiarkowania. I zjawisko ciekawe, powinno zafunkcjonować w literaturze fachowej jako "turecki poliglotyzm". Handlarz Turek zna blisko 17 języków świata, potrafi rozpoznać 31 tylko podsłuchując konwersację. W tych 17 zaś liczy, wita się i wyznaje miłość.

Układ mniej symetryczny, choć też kolorowy, to tureckie kulinaria. Ciekawostką jest kebab, z nazwy tylko, w kształcie zaś niczym nie różniący się od sznycla. Ponadto zawiesisty hummus o konsystencji gleby, strzępiel z migdałami szczelnie owinięty w papierowy papilot i feeria dań w przydrożnej tureckiej knajpce. Smaki nie są silnie orientalne, nie czuć korzeni, a przy tym intensywnością i kontrastem barw różnią się od dań bardziej stonowanej Europy. Zwłaszcza taka baklava, nieprzejadalna, przesączona słodyczą miodu i orzechów.

Jednak dopiero wieczorny spacer po tłocznych o tej porze uliczkach Stambułu sprawił, że dostąpiłam meta-kalejdoskopowego widoku. Ulica, którą szłam, podobnie jak większość, zastawiona była stolikami, przy których głośno biesiadowali mieszkańcy miasta. Nagle dało się wyczuć jakieś poruszenie, jakby burza nadciągała. Wszyscy zerwali się z miejsc, kelnerzy z błyskawicznym tempie zebrali stoły i krzesła, wstawili do środka, ludzie schowali się w zadaszonej części lokalu. Kalejdoskop się obrócił - nagle ulica stała się pusta, wszyscy wstrzymali oddechy. Z drugiej strony nadeszła kontrola służb porządkowych - widać biesiadowanie pod gołym niebem jest w Stambule obłożone pewnymi restrykcjami. 

W tym całym zamieszaniu, ktoś potrącił mnie w ramię, tuba szkiełek spadła i się rozbiła.
Jaki układ teraz widzicie?

Post opublikowany na: